Kronika polskiego biura – początki

Tekst: Monika Pytkowska
Rysunki: Kamil Imielski

Francuskie słowo bureau, z którego narodził się polski termin biuro, początkowo określało wyłącznie stół – stół z krzesłem. Później – całe pomieszczenie do pracy. Rozrastając się w zaskakującym tempie, niespodziewanie osiągnęło kilkusetmetrowe powierzchnie na wzór wielkoprzestrzennych manufaktur. Następnie, mnożąc owe powierzchnie w pionie, wykreowało ikonę drapiącego chmury biurowca. A wszystko po to, by w XXI wieku – z pokorą spoglądając na historyczny pierwowzór – odrodzić się w zminimalizowanej postaci home office, a dalej – udomowić biuro...

A biuro polskie? Na przestrzeni wieku było ciągle 40-50 lat w tyle za francuskim odpowiednikiem. Obecnie coraz bardziej dotrzymuje kroku wzorcom europejskim. Obszar szalonego rozwoju, wiodąca grupa pracy, źródło i cel olbrzymich kapitałów, w końcu obiekt zainteresowania wszystkich przedstawicieli zawodowych. Łatwo zapomnieć, że jeszcze 20 lat temu biuro – jako dziedzinę niebezpośrednio produkcyjną, a więc niedochodową – spychano w cień takich potęg jak przemysł, transport, handel. Co więcej, gdy zachodnie bureau święciło triumfy, polskie nie tylko pozostawało obszarem niszowym, ale wręcz przestrzenią cięć budżetowych i redukcji stanowisk.



Jak wyglądała ewolucja biura od początku poprzedniego stulecia? Biura, jako grupy ludzi posiadających określone prawa i określone obowiązki, uprawiających pracę umysłową o różnym stopniu skomplikowania i w konkretnym środowisku. Równocześnie biura jako charakterystycznej architektury wnętrza – organizacji i układu pomieszczeń, a także architektury całych obiektów i kompleksów, skupiających w sobie jedną funkcję.

MIĘDZY WOJNAMI

„Nie tylko człowiek tworzy biuro, ale także biuro zmusza człowieka do nowego porządku myślenia, odczuwania i zachowania” – napisał Hajo Eickhoff w swoich poszukiwaniach genezy pracy biurowej. Rzeczywiście, biorąc pod uwagę historię, to właśnie nowinki technologiczne i odkrycia na przełomie wielu dziedzin oraz związane z nimi przewroty polityczne, kreują nowy system pracy.

Okres, w którym kształtują się najważniejsze narodowe modele administracji publicznej, to wiek XIX. Jednakże Polska w tym czasie – jako pozbawiona własnej państwowości – tworzenie podstaw administracji rozpoczyna ze znacznym opóźnieniem, dopiero po odzyskaniu niepodległości i na podstawach proponowanych przez państwa zaborcze.

Dzieje biura w Polsce otwiera zatem okres międzywojenny. Rok 1918 to pierwsza z dwóch dat, która nadaje gwałtowniejszego tempa ewolucji biurowości. Po pierwsze, wprowadza postać urzędnika we współczesnym znaczeniu, który co prawda na kartach historii istnieje już od dawna, ale wyłącznie marginalnie. Nadaje mu kompetencje. Dotychczasowi urzędnicy, ze względu na pochodzenie z trzech różnych zaborów, różnią się znacznie kwalifikacjami. Rażą braki w wykształceniu. Grzmi deficyt odpowiedniej kadry. Tło zaczerniają złe warunki ekonomiczne kraju. Wszystkie te czynniki prowadzą do znacznych dysproporcji, zaniku wzorców etycznych i narastającej korupcji. Okres międzywojenny to czas zmian. Biuro, jako szkielet nowej państwowości, wymaga restauracji. Zostaje zatem powołana Komisja Kwalifikacyjna, usuwająca nieuczciwe i niekompetentne osoby. Kolejny krok to ustawa o państwowej służbie cywilnej. Ustawa porządkująca sytuację w kraju, nadająca urzędnikowi prawa i obowiązki. Największy przywilej, jaki może w tym czasie zapewnić, to gwarancja stabilności pracy. Urzędnik może być zwolniony wyłącznie przy zastosowaniu przepisów prawnych, a swoje mianowanie uzyskuje na stałe lub do odwołania.

„Poszukiwany na stanowisko XXX, z obywatelstwem polskim, nieskazitelną przeszłością, zdolnością do działań prawnych, obowiązkowo biegła znajomość języka polskiego, wymagane ukończenie szkoły powszechnej lub niepełnej szkoły średniej” – przeczytałby zapewne przyszły pracownik międzywojennego biura w rubryce "oferty pracy".



Ustawa zarysowuje wyraźny podział urzędników ze względu na kategorie wykształcenia (absolwenci szkoły powszechnej, średniej lub wyższej), każdą z nich dzieląc na 12 stopni służbowych. Klarowna hierarchia, jasno sformułowane obowiązki: "wiernie służyć Rzeczypospolitej, przestrzegać ściśle ustaw i przepisów, wypełniać obowiązki swego urzędu gorliwie, sumiennie i bezstronnie oraz dbać według najlepszej woli i wiedzy o dobro sprawy publicznej i spełniać wszystko, co temu dobru służy, a unikać wszystkiego, co by mu mogło szkodzić" (art. 21), przy czym wykonywać zlecenia przełożonego, pod warunkiem, iż nie są sprzeczne z obowiązującym prawem. Urzędnik tego okresu szanuje swoje stanowisko, przełożonych, podwładnych. Jest bezstronny, poważny i pomocny. Już wtedy ustawa wyraźnie zabrania mu „przyjmowania darów ofiarowywanych w związku z zajmowaną przez niego pozycją”, pod groźbą odpowiedzialności służbowej, karnej i cywilnej. Z drugiej strony, za wykonywanie swoich powinności w sposób należyty, zyskuje niebagatelne wówczas przywileje. Poza gwarancją stałej posady, otrzymuje długi urlop wypoczynkowy, urlop do załatwiania spraw osobistych i dodatkowy urlop zdrowotny. Pracuje 8 godzin dziennie, a 46 w tygodniu i tak aż do 1933 roku, kiedy to sobotni czas pracy ponownie wydłuża się do 8 godzin.

Okres międzywojenny pobudza do poszukiwania rozwiązań organizacji czasu pracy i zwiększenia efektywności, nie tylko w bureau. Polscy naukowcy również przeprowadzają serię eksperymentów o znaczących efektach. Co prawda głównie dzięki studiom zagranicznym. Szkolnictwo polskie nadal pozostawia wiele do życzenia. Jak twierdzi dr arch. Romuald Loegler, okres międzywojenny pokazuje jeszcze Polskę idącą krok w krok za rozwiązaniami i trendami Zachodu, a „wszystko dzięki naukowcom i architektom polskim, studiującym w Berlinie, Wiedniu, Monachium...”

Tak oto Karol Adamiecki, z tytułem inżyniera technologa prosto z Petersburga, dostaje zatrudnienie w polskiej... walcowni. Poznając pracę „od podszewki”, bada jej organizację i odkrywa źródło małej efektywności w braku synchronizacji poszczególnych działań. Wprowadzone przez niego harmonogramy,  początkowo dotyczą ściśle prac fizycznych, później trafiają również do biur, stanowiąc bolączkę urzędnika czasów PRL-u. Karol Adamiecki do końca swoich dni (umiera w 1933 r.) poświęca się instytucji naukowej organizacji, szlifując swoje trzy reguły usprawniające działanie całych przedsiębiorstw. Pierwsza, minimalizując opór pracowników do zmian, postuluje o stopniowość w innowacjach. Druga, zapobiegająca dezorganizacji, poucza o współdziałaniu poszczególnych działów, aby nie pozostawały za sobą w tyle. Trzecia, nawołująca do rozsądku, który zagubił być może kolejny okres historii, wprowadza prawo optymalnej produkcji. Wskazując na indywidualny szczyt produkcyjny dla każdego przedsiębiorstwa, przestrzega przed przeciążeniem lub niepełnym wykorzystaniem ludzi i maszyn, które  może spowodować niepotrzebny wzrost kosztów.

Pracownik biura okresu międzywojennego jest zadowolony z ugruntowanej prawnie posady, zaszczycony najsubtelniejszym nawet stanowiskiem, zsynchronizowany w działaniach z kolegami. Po wypoczynku urlopowym chętnie powraca do biura urządzonego... w myśl idei narodowych. Wbrew pozorom, o to, aby polskiemu urzędnikowi pracowało się wygodnie, zadbał inny Polak – Wojciech Bogumił Jastrzębowski. Już w 1857 roku, jako pierwszy zdefiniował pojęcie ergonomii (gr. ergon – 'praca', nomos – 'zasada'), w artykule Rys ergonomii, czyli Nauki o pracy opartej na prawach zaczerpniętych z Nauki Przyrody jako naukę „o używaniu nadanych człowiekowi od Stwórcy sił i zdolności”. Od odkrycia tej dziedziny i sformułowania pierwszych zasad, do praktykowania jej, mija jednak trochę czasu.

Tymczasem wnętrza biur odzwierciedlają radość z zakończenia konfliktów zbrojnych. W opozycji do królujących w XIX wieku bordo i zieleni, kpiąc z pastelowych różów secesji – rozpychają się wyraziste, kontrastowe tony, odważnie manifestujące polskość. Tendencja nabiera kształtów po zaproszeniu Polski do stworzenia odrębnej ekspozycji na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych w Paryżu w 1925 roku. Wyposażeniem gabinetowym zajmuje się Józef Czajkowski i, wspomniany wcześniej, ergonomista Wojciech Jastrzębowski. Meble, zgeometryzowane po europejsku, podkolorowane wątkiem podhalańskim, są szeroko komentowane w prasie zagranicznej: „Dopiero wy, Polacy, pokazaliście nam, co to jest drewno.” (S. Podhorska-Okołów, „Bluszcz” 1925, nr 51/52)

Sukces wystawy mobilizuje projektantów do stworzenia Spółdzielni Artystów Ład. „Ład, jako stowarzyszenie artystów i rzemieślników nie podejmuje dyskusji i sporów na temat współczesności, czy tez zacofania w sztuce, nie pragnie być teoretykiem swej pracy, nie schlebia modzie, nie zwozi nowalijek ku uciesze snobistycznym gustom, lecz dąży do wytworzenia atmosfery poczucia własnych wartości i głębokiego przeświadczenia, że godna kulturalnego współczesnego człowieka, jest tylko forma plastyczna, która wyrosła z istotnych warunków życia narodu, a powstaje z tych elementów surowca, techniki, wiedzy fachowej i talentów, na które czasy obecnie się składają” – wypowiada się w jednym z wywiadów Wojciech Jastrzębowski. Inny artysta, Lucjan Kintopf, mówi o „oazie ładu artystycznego w pustym bezładzie pracy twórczej.” W statucie, projektanci chóralnym głosem obiecują indywidualne, kulturowo polskie, a funkcjonalnie uniwersalne: „projektowanie, wyrób i zbyt: tkanin, sprzętów z drewna i metalu, kamienia, szkła, skóry, gliny, tektury, papieru i wszelkich przedmiotów przemysłu artystycznego oraz dostarczanie całkowitych urządzeń wnętrz, z wyraźnym dążeniem do doskonałości formy, surowca i wykonania”. Z miłości do trójkąta i proporcji, powstają proste, drewniane meble bez zbędnych ozdób. Powiew ludowości zapewniają dawne rzemieślnicze reguły, bez gwoździ i śrub, a rolę dekoratorki przejmuje tkanina – propagując obicia krzeseł, makaty, kilimy i zasłony. Biuro, a zwłaszcza reprezentacyjne pomieszczenia instytucji państwowych, nasiąkają ładowskim stylem narodowym. Spółdzielnia budzi ospałe dotychczas wzornictwo, inspiruje sztukę użytkową i meblarstwo, budując ambitny symbol biura międzywojennego.

U schyłku tegoż okresu (w 1937 roku) staje się zadość również bezpieczeństwu, dzięki powołaniu Wzorcowni Urządzeń Bezpieczeństwa i Higieny Pracy. Niestety, nie na długo. Wybuch II wojny światowej wywraca ustabilizowany względnie świat. Przerywa działanie Wzorcowni i Spółdzielni Ład. W domu i biurze panoszą się służby zbrojne. Własności ziemskie przechodzą z rąk do rąk. XIX-wieczny krakowski pałacyk rodziny Pugetów, nieco z przymusu, przygarnia Straż Wojskowo-Policyjną, okres międzywojenny spędzając już w towarzystwie pracowników administracji starostwa powiatowego, a następnie Sądu Grodzkiego. II wojna przerzuca go w pazerne ręce niemieckiej żandarmerii. Tym samym, prestiżowy obiekt pałacowy, autorstwa nie byle jakiego architekta, staje się – obok kantoru/kancelarii – pradziadem współczesnego biurowca...

Dodaj komentarz

Autor *
E-mail
Komentarz *
Dodaj 1 do 1 *