newsletter
Spotkania i wywiady
wydarzenia
Orgatec
23 październik 2012 / Targi

Największe w europie targi mebli, akustyki, oświetlenia, techniki i wykładzin do biura

Zbigniew Maćkow - Na fundamentach pragmatyzmu

O radości budowania, odpowiedzialności wyburzania i rozterkach związanych z przyszłością w rozmowie z architektem i właścicielem wrocławskiego biura architektonicznego Maćków Pracownia Projektowa – Zbigniewem Maćkowem

Rozmawiała: Izabela Kamińska
Zdjęcia: Krzysztof Smyk

Co najbardziej interesuje pana w projektowaniu architektury?
Szukamy punktu zaczepienia, który wychodziłby z prawdziwych zadań, jakie niesie z sobą dany temat. Najpierw próbujemy dobrze zadać pytanie, które powinno sumować wszystkie zasadnicze problemy do rozwiązania w tym miejscu, a potem dopiero dajemy na nie odpowiedź. Wszelkie estetyczne wprawki to prosta konsekwencja przyjętego toku rozumowania i nie są niczym innym tylko pewnego rodzaju „małpią zręcznością”. Dziś może nie są to zagadnienia głęboko społeczne, z jakimi borykali się nasi koledzy siedemdziesiąt lat temu, jak przeludnienie miast czy niehumanitarne warunki życia. Są to jednak kwestie na miarę naszych czasów. Zatem, najbardziej frapujące jest zidentyfikowanie problemu, jaki skrywa dany temat. Dlatego chyba znajduję usprawiedliwienie dla uprawiania tego zawodu. Inaczej miałbym z tym problem. To zawód przeznaczony zasadniczo dla dyletantów, a nawet powiedziałbym, że dla dyletantów-cwaniaków. Ilość specjalistycznej wiedzy posiadanej przez architekta odpowiada poziomowi wykształcenia średnio wyuczonego licealisty z drugiej klasy. To czasem napawa mnie przerażeniem, a na co dzień objawia się nieskrywanym podziwem, kiedy rozmawiam z prawdziwym specjalistą, np. lekarzem czy takim, dajmy na to, inżynierem mechanikiem. Ale ten dyletantyzm jest usprawiedliwiony potrzebą odnalezienia czegoś poza prostymi wymaganiami, jakie posiada każdy budynek. Umiejętność rozumienia prawdziwych inżynierów, reasumpcja wniosków płynących z ich roboty i zdolność przełożenia tego wszystkiego na formę, która buduje większą całość, to jest clue naszego zawodu. I to jest też najbardziej frapujące w robieniu architektury.



W takim razie Polska jest chyba takim projektowym eldorado, w którym nie można narzekać na brak problemów do rozwiązywania.
Rzeczywiście, jeśli chodzi o ilość rzeczy do zrobienia, to z pewnością wciąż musimy doganiać świat. Poza realizowaniem bieżących potrzeb generowanych przez rynek, nadrabiamy zaległości, jakie powstały w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Ze względu na dzieje naszego kraju, w Polsce powstawały głównie budynki służące systemowi – prawie nie budowaliśmy teatrów, sal koncertowych, obiektów infrastrukturalnych czy biurowców.

Czy te relikty przeszłości, upamiętniające czasy socjalizmu, należałoby wyburzyć?
Nie ma na to pytanie jednej odpowiedzi. Bez obiektywnej oceny merytorycznej, niezabarwionej uprzedzeniami politycznymi lub estetycznymi, nie można wydawać żadnych sądów. Moim zdaniem większość budynków wzniesionych w tzw. „szarym PRL-u” to solidna architektura, rzetelna w swoim rzemiośle i dobrze wkomponowana.

A Pałac Kultury i Nauki?
Ten przypadek jest szczególny i wymaga jeszcze głębszego podejścia. Pałac jest budynkiem o ogromnym „rażeniu” przestrzennym. Uważam za absurdalne wszelkie dyskusje na temat jego wyburzania, podyktowane tylko chęcią zatarcia dawnej radzieckiej dominacji. Zasadniczym tematem polemiki powinny być zagadnienia urbanistyczne i pytanie, jak „ustawić: ten kawałek miasta. Obserwując to nieco z boku, mam wrażenie, że dyskutowane są wszystkie inne kwestie, ale ta w najmniejszym wymiarze. Stąd dojmująca przypadkowość tej części Warszawy.

Wróćmy jednak do początków pana drogi zawodowej. Jak to się stało, że jest pan dziś architektem?
Nie wiem. Wiem, dlaczego nie jestem biologiem – jeszcze w podstawówce napisałem na tablicy coś brzydkiego o pani od biologii i ktoś na mnie doniósł. Do dziś mylę wirusy z bakteriami. Ale dlaczego architektura? Szczerze mówiąc, nie pamiętam własnych argumentów z czasu, kiedy podjąłem tę decyzję. Wszelkie moje myślenie o przyszłości w szkole średniej było niezwykle limitowane, ale kiedy już było, sprowadzało się do prostej potrzeby bycia użytecznym.


Skąd u pana takie pragmatyczne podejście do życia?
Dorastałem w proletariackim krajobrazie z dwoma fabrycznymi kominami sto metrów od mojego domu. Życie toczyło się tu wokół wielkich zakładów produkcyjnych: elektrociepłowni (tam zresztą pracowała moja mama) i huty żelazo-chromu (gdzie pracował mój tata). Byłem wychowywany w kulcie pracy fizycznej, a pierwszoplanowym bohaterem tej rzeczywistości był twór niemal mityczny i niewystępujący w przyrodzie. To Pan Inżynier ze swoimi boskimi atrybutami: suwakiem logarytmicznym, czarnym etui z aksamitną wyściółką i specjalnym zestawem chromowanych cyrkli z niezliczoną ilością końcówek oraz wielkim Culmanem. Inne światy, głównie te humanistyczne, tolerowałem z konieczności, ale po prawdzie nie rozumiałem racji ich bytu.

I co dalej?
Od zawodu architekta odstraszał mnie związany z nim mit niezorganizowanego i nikomu naprawdę niepotrzebnego artysty. Przerażająca była dla mnie perspektywa życia bez ram, bez chodzenia o siódmej do pracy, bez wracania na obiad do domu i bez regularnego wynagrodzenia.

Dziś granica między sztuką i rzemiosłem wydaje się panu bardziej płynna?
Zdecydowanie. Ale zacznijmy od tego, że nie trawię tego „złotego pytania” pt. „czy architektura jest sztuką?”. A sztuka stale ulega przedefiniowaniu. Nawet trudno ubrać ją w jakieś słowa, terminy. Przepływa gdzieś swobodnie pomiędzy wszystkimi dziedzinami, w których dokonuje się tzw. procesów twórczych i jest niezwykle odporna na wszelkie próby dookreślania. Jedno jest prawie pewne – jeśli ktoś w pierwszym zdaniu, opisując to, co zrobił, używa kilka razy słów „twórczość”, „dzieło” itd., daje mi jednoznaczny sygnał, że chyba szkoda czasu. Do łez rozśmieszają mnie też przyznawane kiedyś specjalne uprawnienia, nazywane chyba „statusem twórcy”.

Zdecydował się pan jednak na Wydział Architektury. Jakim był pan studentem?
Na początku pilnym, w miarę upływu czasu już mniej, i bardzo selektywnym. Przed egzaminami wierzyłem, że politechnika to sanktuarium wiedzy – świątynia, w której inteligentni ludzie uczą mądrych rzeczy taką hołotę, jak ja, po technikum i ze wsi. Kiedy okazało się jednak, że muszę uczęszczać na wiele dziwnych i zupełnie niepotrzebnych przedmiotów, które z architekturą sensu stricto mają niewiele wspólnego, że nauczyciele są często nieprzygotowani i klepią swoje stare, anachroniczne programy, przeżyłem spore rozczarowanie. Nie cierpię tracić czasu. Tak było ze studiami doktoranckimi i całą masą debilnych przedmiotów do zaliczenia. Do dziś nie mogę sobie darować, że tak późno to rzuciłem.
Wracając do szkoły – dopiero praktyka w prawdziwym biurze projektowym otworzyła mi oczy na ten zawód. Nie twierdzę, że szkoła była zupełną stratą czasu, jednak z programu sensowne wydawało się trzydzieści procent zajęć.


A studia w Londynie?
To etap niezwykle dla mnie ważny. Już samo otrzymanie stypendium było wielką nobilitacją. Studiowanie na zagranicznej uczelni w tamtych czasach było zupełną abstrakcją – by znaleźć się w gronie trzech wybrańców z całego Wydziału Architektury, którzy mogli przez osiem miesięcy obserwować, jak uczą się i pracują inni, trzeba było mieć ogromnie dużo szczęścia i stoczyć niełatwą walkę. W moim przypadku Kingston University właściwie wszystko przewartościował. Choć pobyt w Londynie trwał tylko 15 miesięcy, był niezwykłą przygodą intelektualną. Myślę, że dopiero tam nauczyłem się myśleć, rozmawiać i inspirować się architekturą. Każdy trymestr w Anglii był jak dwa lata w Polsce.

Dlaczego w takim razie po studiach nie zdecydował się pan na praktykę za granicą?
Zdawałem sobie sprawę, że tamten świat jest już bardzo poukładany i zamknięty. Jednocześnie wierzyłem, że w Polsce niebawem też w końcu coś eksploduje i pojawi się ogromna potrzeba budowania. Oczami wyobraźni widziałem, że to właśnie moje pokolenie będzie poprawiać rzeczywistość.

Dziś jest pan wykładowcą na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej. Czy wśród swoich studentów widzi pan siebie sprzed lat?
Miewam zajęcia raczej sporadycznie. Nie mniej z dużą ciekawością przypatruję się młodym ludziom, ich odmienności, priorytetom, wartościom, sposobowi myślenia. Nieustannie odnoszę to do swoich dzieci i wtedy to zrozumienie przychodzi mi łatwiej. Jest inaczej. Ogromna dostępność wszystkiego, o wiele większe możliwości techniczne, wszechobecność mediów… Dzieli nas dużo, ale to normalne. Jednak najważniejsza różnica między naszymi pokoleniami to sposób postrzegania rzeczywistości. Mam wrażenie, że oni uważają ten świat za rozdany i poukładany. Nie widzę tego błysku w oku i zacięcia, niezbędnego do chociażby próby kontestacji zastanego porządku.

Maćków Pracownia Projektowa również daje młodym ludziom możliwość rozwinięcia skrzydeł projektowych. W jaki sposób dobiera pan nowych pracowników do swojego teamu?
W pierwszych latach naszymi współpracownikami stawali się zazwyczaj wyróżniający się studenci. Dziś rekrutacja odbywa się głównie drogą internetową. Przyznam, że dostajemy bardzo dużo portfolio, nawet po kilkadziesiąt tygodniowo. Staram się je na bieżąco przeglądać i spotykać się z autorami najciekawszych prac. Od pewnego czasu bardzo bronię się jednak przed przyjmowaniem nowych osób. Uważam, że osiągnęliśmy już granicę, po której przekroczeniu następuje utrata kontroli nad jakością tego, co produkujemy.

Kiedy w 1995 roku tworzył pan autorską pracownię, dopuszczał pan myśl, że będzie ona jedną z największych w Polsce?
Z pewnością nie! Ale to też nie był mój główny cel. Nie rozmiar ma znaczenie. Marzyłem o tym, aby móc realnie wpływać na bezpośrednie otoczenie, ale nie liczyłem, że tak szybko się to rozwinie.


Czy dziś wyobraża pan sobie pracę w pojedynkę?
Nie. Od dłuższego czasu jestem przekonany, że architektura w wydaniu współczesnym to gra zespołowa. Jeżeli ktoś będzie mówił inaczej, to albo nazywa się Zumtor, albo Panią buja. Obrazek nieuczesanego geniusza szkicującego coś na kawiarnianej serwetce i potem dającego to do rozrysowania zastępom asystentów jest powszechnie wykorzystywany w tanich reklamach, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. A przynajmniej z naszą. Możliwość konfrontowania pomysłów, spieranie się, wspólne szukanie rozwiązań – to chyba najprzyjemniejsze z całego procesu projektowego.

No właśnie – nad czym teraz pracujecie?
Pracujemy, jak zwykle zresztą, na kilku frontach. Obecnie realizujemy trzy duże projekty. Szczególne nadzieje wiążemy z budynkiem apartamentowo-usługowym Thespian na Placu Powstańców Śląskich. Powstaje też pierwsza faza osiedla Angel Wings przy Traugutta i nasz własny Willowy Brochów na ul. Koreańskiej, gdzie po raz pierwszy występujemy w roli współdewelopera. W najbliższych tygodniach zaczną się długo wyczekiwane budowy: Zintegrowanego Węzła Przesiadkowego na EURO 2012 na Maślicach, Ratusza w Siechnicach, zespołu biurowego Green Towers przy Strzegomskiej i budynku mieszkalnego Verity Up-Town przy Drobnera.

Jakie są wasze najbliższe plany?
Mamy w perspektywie co najmniej kilka projektów. Są to zespoły apartamentowców, budynki biurowe i hotel. Poza tym udało nam się wygrać przetarg na dużą szkołę muzyczną w centrum miasta. Liczymy, że to będzie bardzo ciekawy projekt. Staram się nie wybiegać za bardzo w przyszłość i nie mam potrzeby realizowania jakichś konkretnych typów architektury. Gdybym jednak mógł sam decydować, jakie projekty trafiają do naszego biura, to z pewnością wiązałyby się one z konkretną przestrzenią – z ważnymi miejscami, głównie we Wrocławiu. Dwa lata temu wzięliśmy udział w konkursie na projekt Placu Społecznego we Wrocławiu, w którym zajęliśmy drugie miejsce. Ta ogromna przestrzeń w centrum miasta za chwilę „wybuchnie inwestycyjnie” i mamy nadzieję, że uda nam się uczestniczyć w tym przedsięwzięciu.

Marzy pan o wybudowaniu budowli, o której mówiłby cały świat?
Pewnie jak każdy, jednak bardzo bliska jest mi „filozofia Małysza” – oddanie dwóch dobrych skoków. Chcemy budować dobre rzeczy, poprawne technicznie, które będą odpowiedziami na współczesne problemy tego świata. Jeśli nasze rozwiązania przy okazji zostaną dostrzeżone przez innych, to kapitalnie, ale nie jest to cel sam w sobie.

Czy kategoria sławy w świecie architektury odgrywa ważną rolę?
Niestety, wydaje się, że tak. Rzeczywistość jest dziś bardzo medialna, narzuca pewne kanony, przed którymi właściwie nie da się uciec. To bardzo groźna tendencja, która sprawia, że architekci stają się czasem celebrytami znanymi dzięki publikacjom ich wizerunków w prasie czy goszczeniu w radiu i telewizji. Z drugiej strony pojawianie się w środkach masowego przekazu i rozpoznawalność medialna dają więcej szans zawodowych (widzę to ewidentnie po każdej naszej publikacji), stąd pewna schizofreniczna złośliwość losu. Poza tym pokazywanie się wpływa na edukację architektoniczną naszego społeczeństwa. Zatem, pewnie nie ma wyjścia, ale trzeba bardzo uważać z tym flirtem.

Czy przebudowa domu handlowego Renoma wpłynęła na renomę pana pracowni projektowej?
To rzeczywiście był dotychczas nasz największy, najbardziej prestiżowy i najszerzej publikowany projekt. Myślę, że każda duża realizacja przyczynia się do rozpoznawalności firmy. Nie to jest jednak najważniejsze. Najważniejsza jest nauka, jaką wynieśliśmy z tego projektu. Jesteśmy po prostu mądrzejsi architektonicznie o całą „Renomę”. Czasu istnienia naszego biura nie dzielimy jednak na etapy przed rozbudową Renomy i po niej.

Czy na kondycję pracowni wpłynął kryzys gospodarczy?
Jako firma architektoniczna funkcjonujemy od piętnastu lat. Przetrwaliśmy co najmniej dwa (ten był trzeci) duże dołki i wiele mniejszych. Z doświadczenia wiemy, że takie stany są naturalne i nie ma co ulegać ani zbytniej euforii w czasach prosperity, ani pogrążać się chwilowym załamaniem. Oczywiście, to był trudny czas, który wymagał pewnego ograniczenia wydatków w firmie, ale dzięki filozofii rozwoju liniowego udało nam się ten spadek koniunktury jakoś przetrwać bez większych strat.

Czyli najgorsze już za nami?
Ewidentnie. Jednak trudno powiedzieć, kiedy wszystko znowu wróci do normy. Z pewnością długo trzeba będzie czekać, aby powróciła sytuacja tuż sprzed kryzysu. A może nawet to się nigdy nie stanie.

Jak, wobec powyższego, ma się rynek biurowy? Twierdzi pan, że biurowców wciąż jest za mało…
Tak, to ewidentna obserwacja. Myślę, że w trakcie najbliższych kilku lat rynek będzie się dość dynamicznie rozwijał, ale z wyraźną segmentacją na poszczególne kategorie. Nie będzie się już tylko budowało „po prostu biurowców”. Będą natomiast powstawały parki biurowe czy zespoły budynków wielofunkcyjnych, zdolnych do przeobrażania bez zasadniczych nakładów finansowych i organizacyjnych.

Które z biurowców sygnowanych przez Maćków Pracownię Projektową zasługują na uwagę?
Z pewnością budynek Green Towers, który budujemy we Wrocławiu dla firmy Skanska. To będzie niezwykle ekologiczny i energetycznie efektywny budynek, który po raz pierwszy w Polsce uzyska bardzo wysoki certyfikat LEED.

Na rynku wciąż pojawiają się nowe materiały. Jest pan zachłanny na wszelkie nowinki, czy raczej stawia pan na sprawdzone, funkcjonujące od dawna rozwiązania?
Z pewnością nie jesteśmy gadżeciarzami. Nie używamy konkretnych materiałów tylko dlatego, że są nowsze, droższe i jeszcze nikt ich nie zastosował. Po prostu staramy się stosować materiały, które najpełniej rozwiązują problemy. Najlepszym przykładem jest Renoma, której elewacja została pokryta ultranowoczesną okładziną, w Polsce jeszcze nie wykorzystywaną – płytami fibreC o grubości 12 mm (beton zbrojony włóknem szklanym), pozwalającym dowolnie się kształtować. Ta decyzja została podjęta dlatego, że ten materiał świetnie korespondował fakturą, kolorem i teksturą z okładziną ceramiczną zastosowaną w starej części domu handlowego prawie 80 lat wcześniej.

Jak pan myśli: czy architektura przyszłości będzie zmierzała w kierunku takiej ultranowoczesności, czy przeciwnie – będziemy wracali do korzeni i pomysłów naszych przodków?
Myślę, że jest zdecydowanie za wcześnie na jakiekolwiek futurystyczne wizje. Nie jesteśmy też do nich przygotowani od strony zawodowej. Nie mamy odpowiedniej wiedzy, ani właściwego zaplecza naukowo-badawczego. Uważam też, że nie rozwiązaliśmy jeszcze dziesiątków problemów przyziemnych, abyśmy mogli poważnie zajmować się przyszłością. Być może jednak, gdzieś w bardziej cywilizowanym świecie, niebawem pojawi się jakiś nowy materiał czy rozwiązanie, które całkowicie zmieni kierunek myślenia w realizowaniu kubatur. Kiedy jednak myślę o rozwoju cywilizacji, odnoszę wrażenie, że architektura jest zawsze o dwa kroki z tyłu. Jest swoistym lustrem, które odbija rzeczywistość.

Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Autor *
E-mail
Komentarz *
Dodaj 2 do 3 *