JEMS Architekci to zespół osób, dla których praca jest prawdziwą pasją. Pracownia powstała w 1980 roku i swą nazwę przyjęła od pierwszych liter nazwisk jej założycieli: Olgierda Jagiełły, Macieja Miłobędzkiego i Jerzego Szczepanika-Dzikowskiego. Od tamtego czasu firma bardzo się rozwinęła, powiększyła grono wspólników i partnerów. Dziś zatrudnia ponad pięćdziesięciu architektów.
JERZY SZCZEPANIK-DZIKOWSKI: architekt; urodził się w 1945 roku w Lublinie. W 1972 ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. W latach 1984-1989 prowadził wspólnie z Olgierdem Jagiełło pracownię autorską w ramach Spółdzielni Pracy Twórczej Architektów Plastyków. W 1988 r. razem z Olgierdem Jagiełło i Maciejem Miłobędzkim założył spółkę JEMS. Od tej pory cała jego działalność jest związana z pracownią JEMS Architekci. Prezes OW SARP w latach 1984-1987, Sekretarz Krajowej Rady Izby Architektów, Laureat Honorowej Nagrody SARP – 2002.
Do przeszłości odnoszę się z atencją, i to nie tylko w kwestiach architektonicznych. Od kiedy w naszym życiu zaczęło dominować hasło „postęp i rozwój”, nastąpiło rozchwianie wartości. Przeszłość jest dla mnie stanem uporządkowanym społecznie i estetycznie. Współczesność zdaje się wymagać postępu i nie może się bez niego obejść. Ta potrzeba zbyt często przybiera zdegenerowaną postać propagowania nowości za wszelką cenę. Nowe z definicji zaczyna mieć zdecydowanie lepsze konotacje niż stare, bez względu na to, czy w istocie niesie za sobą postęp. Taka tendencja przejawia się w życiu codziennym, w sztuce, kulturze, a także w architekturze. Trwałość i rzetelność oraz wiedza i skromność były podstawowymi wartościami dawnego budownictwa, a dziś coraz trudniej dostrzec je w gąszczu bezładu, w częstym epatowaniu pustym ekscentryzmem i w walce o bycie zauważonym. Nie wszystko, co nowe jest oczywiście złe. Przyszłość i rozwój są nieuniknione, konieczne i jak najbardziej słuszne, dają niebywałe możliwości, fascynujące osiągnięcia, rozwiązania techniczne i technologiczne. Nie umiemy jednak czerpać z tego pozostawiając w spokoju to, co stare. Rujnujemy porządek przeszłości, nie umiejąc w tym miejscu wybudować porządku stosownego dla współczesnego rozwoju techniki. Przeszło sto lat temu podważany porządek społeczny zrodził potrzebę ustanowienia nowego kanonu w architekturze i w planowaniu miast. I kanon ten zbudowano. W ciągu ostatnich 30-40 lat, społeczeństwu doby rewolucji informatycznej zdaje się przyświecać potrzeba zrujnowania wszelkiego kanonu. I wszelki kanon już zrujnowano.
Są jednak miejsca i budowle, które reprezentują doskonałą jakość i najlepsze wartości. Jestem pod wrażeniem architektury powstającej w Szwajcarii – jest prawdziwa, odwołuje się do najbardziej podstawowych sposobów pojmowania przestrzeni i materiału, traktowania rzeczy takimi, jakimi są. Popęd kreacji nie tworzy tam chorych idei, których jedynym przesłaniem jest inność. Technika nie zagłusza pomysłu, lecz mu służy. To architektura kontekstu, mówiąca prawdę o miejscu, czasie, ludziach i o materiale. Architekci nie są jednak ludźmi, którzy tworzą architekturę dla siebie. My tworzymy ją dla ludzi. I nie jest naszym obowiązkiem kształcenie społeczeństwa pod względem estetycznym, tak jak nie jest obowiązkiem kucharzy uczenie nas jeść – trzeba już umieć jeść, żeby docenić wykwintne danie. Trzeba chcieć dobrej architektury, aby ją mieć. To wymaga pewnego poziomu kultury. Chciałoby się rzec, że każdy ma taką architekturę, na jaką zasługuje. Naszym zadaniem jest projektowanie dobrych, poprawnych rzeczy, ale nie jesteśmy odpowiedzialni za to, jak będą one odbierane. Wielu z nas pada pod tą presją.
Jesteśmy narodem pełnym kompleksów. Brak nam pewności siebie i przekonania o własnej wartości. Posiadaniem rzeczy – samochodów i domów – udowadniamy znajomym, sąsiadom i całemu światu, że jesteśmy lepsi. W Danii, jadąc ulicą, nie wiemy, który dom należy do premiera lub do najbogatszego człowieka w państwie. Tam nikomu nie tylko nie zależy na wyróżnianiu się i podkreślaniu swojej pozycji społecznej, lecz także taka postawa nie jest społecznie akceptowana. Nie dziwi więc skromność i stosowność duńskiej architektury.
Dzisiejsi młodzi ludzie tworzą zupełnie inny świat, niż ten, który budowało moje pokolenie. Są bardziej zaradni życiowo i techniczne sprawniejsi, a zarazem mniej dojrzali emocjonalnie i niepewni wartości, którymi chcieliby kierować się w życiu. Obecna generacja nie ma w sobie pokory, cierpliwości i determinacji. Najważniejsze stało się marzenie o karierze i pieniądzach.
Nigdy nie miałem takiej ambicji, aby być podziwianym, kimś, kto się wyróżnia. Dążenie do prestiżu jest mi zupełnie obce, co nie znaczy, że nie mam zawodowych ambicji. To, co osiągnąłem, w sensie uznania, jeśli czasem się z nim spotykam, przyszło bardzo naturalnie, w wyniku zawodowych zmagań, a nie jako efekt walki o autorytet. Nie czuję się wybitnie utalentowany, ale lubię solidnie wykonywać to, czym się zajmuję. Skoro już tak się stało, że jestem architektem, staram się być w tym dobry, tak jak dążyłbym do tego, gdyby przyszło mi wykonywać inny zawód.
To kwestia postawy życiowej – to, co robię, jest dla mnie niezwykle ważne. Projektowanie daje mi przyjemność i satysfakcję, Chciałbym jeszcze wiele zrobić, mam różne marzenia projektowe, ale chyba brak mi siły, aby je zrealizować. Zawsze chciałem zaprojektować inżynierskie obiekty, most, stadion, obiekty, w których estetyka bardzo silnie sprzęga się z techniką.
Moja praca to przede wszystkim ludzie i miejsca. JEMS to szczególne zjawisko. Ta firma jest dla mnie kloszem, pod którym kwitnie normalność – ludzie zachowują prawo do decyzji, a uznaniowość nie jest zakazana i zastępowana procedurą. Opiera się na zaufaniu i przeświadczeniu, że ludzie nie muszą ze sobą rywalizować i walczyć o swoją pozycję. Miewamy inne spojrzenie na architekturę i na życie, ale potrafimy osiągać kompromisy. Nie mamy żadnych procedur, które mają zastąpić ludzi. Podejmowanie decyzji jest prawem każdego człowieka (choć żadna dyrektywa go chroni), a istota każdego postanowienia to osobisty stosunek osoby do rzeczy, której dotyczy.
Zderzenie z rzeczywistością
OLGIERD JAGIEŁŁO: architekt; urodził się w 1947 roku w Warszawie. W 1971 roku ukończył studia architektoniczne. W latach 1984–1989 prowadził wspólnie z Jerzym Szczepanikiem-Dzikowskim pracownię autorską w ramach Spółdzielni Pracy Twórczej Architektów Plastyków. Razem z Maciejem Miłobędzkim i Jerzym Szczepanikiem-Dzikowskim założył w 1988 roku spółkę JEMS. Od tej pory cała jego działalność jest związana z pracownią. Laureat Honorowej Nagrody SARP z 2002 r.
Zawód architekta jest trudny do zdefiniowania. Według opinii większości nasza praca jest czystą przyjemnością, która polega na kreowaniu, tworzeniu, wymyślaniu ciekawych form, przyjemnej zabawie przy stole projektowym z ołówkiem w ręku. Realia są trochę inne. Każdemu wyzwaniu projektowemu towarzyszy wiele bardzo trudnych, nudnych, męczących i denerwujących procesów, których rezultatów nie widać w efekcie końcowym. Mam tu na myśli dyskusje z administracją, regulacje, zapisy w planie, problemy z sąsiadami… To szalenie wielowątkowe zagadnienie. Sam proces projektowy w kuchni architektonicznej jest najprzyjemniejszy, jednak trwa krótko. Ważny jest też kontekst miejsca, w którym dana budowla powstaje. Wynika on z szacunku do tego, co dzieje się obok. Nie możemy demonstrować wyłącznie swojej indywidualności, musimy podporządkować się całości, a przede wszystkim temu, co wykształciła sama natura. Architekt nigdy nie może być zupełnie wolny.
Pomysłów na przyszły budynek może być bardzo dużo. Zadaniem architekta jest stworzenie takiej struktury, która w określonym miejscu będzie tworzyć właściwą przestrzeń i architekturę, oraz w jak najlepszym stopniu spełni oczekiwania inwestora. Musimy również pamiętać o tym, że w pewnym stopniu swoją pracą służymy innym. Wybór zawodu w moim przypadku nie był planowany od dawna. Chciałem być trochę artystą, trochę inżynierem, rozpocząłem studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, a parę lat później skończyłem warszawską Akademię Sztuk Pięknych. Na Wydziale Architektury poznałem jednego z moich obecnych wspólników – Jerzego Szczepanika-Dzikowskiego, z którym później założyłem pracownię architektoniczną.
Przez nasze biuro przechodzi wiele młodych, bardzo zdolnych ludzi. Niektórzy decydują się na rozpoczęcie samodzielnej pracy. To odważne decyzje, ponieważ zdobywanie pierwszych zleceń nie jest łatwe. Rozumiem, że w życiu niektórych ludzi przychodzi jednak moment przejścia na swoje, bycia szefem. Dlatego cieszę się, kiedy widzę młodych architektów, którzy kiedyś u nas pracowali, a teraz świetnie radzą sobie w samodzielnych biurach. Udowadniają w ten sposób tezę, że konsekwencja i ciężka praca w przyszłości procentują! Do niedawna wydawało mi się, że profesjonalne podejście nie zawsze przekłada się na sukces marketingowy. Jednak obserwując działalność pracowni JEMS, nasze uporczywe trzymanie się reguł i niepisanych zasad, pozwala wysnuć wniosek, że ma to sens. Dziś klienci, przychodzą do JEMS głównie po jakość. Wiedzą, że nasze projekty są przemyślane, więc mogą liczyć na odpowiedni standard.
Jestem usatysfakcjonowany tym, co robię. Uważam, że wspólnie udało nam się osiągnąć niemały sukces. Niewiele jest firm działających na zasadzie partnerstwa przez ponad dwadzieścia lat. Stawiamy na zaufanie i lojalność, nie obrażamy się za negatywne opinie kolegów dotyczące naszej pracy, ponieważ nam wszystkim zależy na jak najlepszym efekcie. Są u nas osoby ważne i ważniejsze, ale nikt nie próbuje wychodzić przed szereg. Osiągnięciem jest nasz budynek, w którym mieści się biuro JEMS. To taka nasza przestrzeń sprzyjająca pracy, spotkaniom i dyskusji. Czujemy się w niej naprawdę dobrze.
Czekam jednak na moment, w którym architekci w naszym kraju zaczną być należycie doceniani. Pomimo wysokich kwalifikacji i rzetelnie wykonywanej pracy, wcale nie prosperują dobrze. Najszybciej udaje się wypływać tym, którzy swoją pracą schlebiają złym gustom. Taki panegiryzm jest zagładą dla naszego budownictwa. To mnie smuci, ale nie potrafię znaleźć rozsądnego sposobu na zaradzenie temu.
Mam żal do naszych mediów, że tak mało mówi się o architekturze, o problemie odbioru pejzażu. Cały świat uległ masowej komercjalizacji, reklama jest magicznym źródłem zarabiania pieniędzy i panoszy się wszędzie. Wdrapała się między innymi na architekturę i teraz trudno ją stamtąd ściągnąć. Zaśmiecamy kraj i nie potrafimy stworzyć żadnych regulacji prawnych, które by tego zabraniały. Problem tkwi w edukacji naszego społeczeństwa. Propagowane wzorce są tandetne – media pokazują kolorowe, cukierkowe życie, bez żadnych głębszych refleksji.
Świadomość społeczeństwa przekłada się na współpracę architekta z klientem. Wszyscy musimy nauczyć się przewidywać pewne procesy. Czasem warto w coś zainwestować dziś, a zyski odebrać dopiero jutro. Projekt nie może być zorientowany tylko na sukces finansowy i na ilość metrów – ten problem w szczególności dotyczy budynków mieszkalnych, które nie tworzą miast tylko gigantyczne sypialnie. Kapitalizm, który nas tak zaskoczył, objawia się wszędzie. Powstaje również mnóstwo budynków biurowych, które nie służą ludziom, a kwotom.
Mam nadzieję, że za jakiś czas budowanie „pod wymiar” nie będzie tak powszechne. Ewolucji nie upatruję w diametralnych przekształceniach przestrzeni biurowych, a w podnoszeniu standardu i komfortu pracy. Wierzę, że do lamusa przejdą biura, w których panują skomercjalizowane warunki pracy, a deweloperzy zaczną budować biurowce posiadające dużo przestrzeni dodatkowej, dające możliwość oddechu, w których znajdzie się miejsce na strefy relaksu. Uważam, że nasza świadomość, mimo wszystko, rośnie, i optymistycznie patrzę w przyszłość.
Poważnie o architekturze
MARCIN SADOWSKI: architekt;
urodził się w 1965 roku w Warszawie. W 1992 roku ukończył Wydział
Architektury Politechniki Warszawskiej. Od 1993 roku jest zatrudniony w
firmie JEMS Architekci – od 1996 r. partner w JEMS. Laureat Honorowej
Nagrody SARP z 2002.
Tworzenie architektury jest wręcz misją,
bardzo ważnym działaniem człowieka, które ma ogromny wpływ na
otaczającą go rzeczywistość i na jakość życia. To proces dostosowywania
do własnych potrzeb tego, co jest nam dane.
Niestety
architektura staje się dziedziną, w której coraz częściej mamy do
czynienia z chwilową modą. Myślę, że istnieje problem gwiazdorstwa w
tej dyscyplinie. Architekci zaczęli intensywnie pracować nad swoim
wizerunkiem, nad tym, co ich medialnie otacza, nad kwestiami, które w
gruncie rzeczy nie mają związku z istotą wykonywania tego zawodu. Świat
mediów sprowadził architekturę w dużym stopniu do wytwarzania
produktów, które mają spełniać przede wszystkim cele marketingowe. Owa
medialność wykreowała swoiste ikony, których żywot jest warunkowany
przez medialne zainteresowanie, mniej zaś przez istotę twórczości.
Pojawiają się na architektonicznym niebie, i z równie kosmiczną
prędkością znikają. Postaci-ikony nie są oczywiście niczym nowym w
dziedzinie architektury. Takie zjawisko zawsze istniało, ale jego
wymiar nie był aż tak znaczący. Kreowanie „wielkich” z pierwszych stron
gazet jest działaniem, które ma wpisać architekta we współczesne czasy.
Oceniam ten proces negatywnie, bowiem sprawia, że architektura staje
się w istocie coraz mniej poważna.
Śledząc publikacje
architektoniczne, przyznam, że trudno mi zrozumieć niektóre realizacje.
Obecne trendy owocują obiektami tak dziwacznymi, że nawet w krótkiej
perspektywie czasu stają się nieinteresujące. To problem istnienia
architektury na potrzeby wydawnictw. Jej prawdziwe oblicze w zderzeniu
z rzeczywistością jest często porażające. Budynek wydający się
frapującą, niezwykłą strukturą, nagle okazuje się tworem bez ducha, bez
energii, pozbawionym atmosfery. A przecież powinien zyskiwać przy
bliższym kontakcie. Dotknięcie, atmosfera miejsca, osadzenie w
rzeczywistej przestrzeni – wszystko to powinno pomagać w pełnym
zrozumieniu. Przyznam, że obcowanie z architekturą Petera Zumthora jest
dla mnie takim doznaniem. Oglądając jego projekty, widzę sens
budowania. Już pierwsza impresja jest silna, wyrazista i bardzo
głęboka. To, co oglądam na fotografiach, nie jest w stanie oddać tego,
co budowla kryje w sobie, a co czuje się w bezpośrednim odbiorze. Jego
dzieła stworzone są „przez człowieka i dla człowieka”, ich istnienie
jest oczywiste, jakby pierwotne. Oczywiście jest to architekt z
najwyższej półki, w moje ocenie – ostatni z wielkich.
Przy
tworzeniu każdego budynku pojawiają się kwestie pragmatyczne i
emocjonalne. Architektura zawsze w mniejszym lub większym stopniu
będzie miała wiele wspólnego z ambicją inwestora i architekta. Często,
niestety, ego jest najważniejsze.
Bacznie przyglądam się
Skandynawii, czy Szwajcarii. To, co tam powstaje, w szczególności na
prowincji, jest dobrym przykładem, jak powinno się budować w sensie
szerokiego zagospodarowywania terenów, niezależnie od oceny
architektonicznych walorów poszczególnych budynków. Widzę tam szczerość
i naturalność, racjonalność działań.
Inaczej postrzegam miasta.
W pewnym sensie utraciliśmy przekonanie co do tego, że ich rozwój
rzeczywiście służy mieszkańcom. Przyjmowane rozwiązania głównie
niwelują skalę problemów bieżących, bez myślenia o przyszłości.
Polityka,
pieniądze, ambicje, sprzeczne interesy, kadencyjność władzy często
chwilowo związanej z miejscem – można wymieniać wiele elementów które
razem powodują iż równie ważne, a może nawet ważniejsze, jest to, w
jaki sposób i w jakim czasie dochodzi do budowania, niż to, co
budujemy. Cena, wygenerowany zysk, liczba metrów kwadratowych,
przetarg, oszczędności, terminy realizacji – to słownik inwestycji w
miastach. Budujemy dla użytkowników, najemców, klientów, ale nie dla
rodzin, dzieci i pracowników. Oczywiście najłatwiej architektowi
pracuje się na liczbach, ale to nie one biorą odpowiedzialność za stan
naszych miast. Społeczeństwo w swoich wyborach nie kieruje się
wyłącznie parametrami: cena i zysk, choć każdy liczy pieniądze, bo dąży
do zapewnienia sobie godziwych warunków. Truizmem jest stwierdzenie, że
nie wszystkie potrzeby możemy tak zrealizować.
Wydaje mi się, że
nie ma w Europie drugiego tak „niezabudowanego” kraju jak Polska. Jest
tu naprawdę dużo do zrobienia. W porównaniu z architektami ze
Szwajcarii, czy Hiszpanii, możemy uważać się za szczęściarzy, bo
naprawdę wciąż mamy spore pole do popisu.
Jednak zawód
architekta nie jest u nas społecznie doceniany – architekci nie mają
decydującego głosu w radach miast, wpływu na przepisy, plany i inne
działania związane z budowaniem. W dużej mierze sami sobie jesteśmy
winni, ale kwestię tę pominę. W krajach zachodnioeuropejskich prestiż
naszego zawodu jest olbrzymi. Pomijając wymiar finansowy, ta grupa jest
obdarzana olbrzymim zaufaniem publicznym. JEMS jest dla mnie przede
wszystkim miejscem, w którym czuję się dobrze, niezależnie od
otaczającej rzeczywistości.
Najważniejsi są oczywiście ludzie.
Bardzo dużo dyskutujemy i to nie tylko na tematy związane z
architekturą. Cały czas coś się dzieje, próbujemy się rozwijać,
podwyższać projektowe poprzeczki. Bierzemy udział w konkursach,
podejmujemy nowe wyzwania i nawzajem się napędzamy. Każdy ma duży wpływ
na to, co robimy, ale nikt nie próbuje rozpychać się łokciami. Kiedy
budynek powstaje, nie jest ważne kto jest autorem – my wszyscy za niego
odpowiadamy.
W naszym biurze nie ma ważniejszych głosów.
Przekonujemy się długo do swoich racji, aż któraś staje się nadrzędna
lub wspólna. Każdy może się wypowiedzieć – to wręcz należy do jego
obowiązków. Prowadzimy rozmowy w sposób otwarty, nie mówimy niczego za
plecami. Przyznam, że ta firma jest dla mnie swoistym azylem.
Oczywiście
opinie z zewnątrz są dla nas ważne. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie
żyjemy w próżni. Czy cudze zdanie wpłyną na nasze decyzje, to już
zupełnie inna kwestia, ale interesuje nas to, jak budynki są odbierane,
co sądzą o nich inni architekci i jak są społecznie oceniane. Gdy
popełniamy błędy, potrafimy o nich słuchać i przyznawać się do nich.
Architektura
jest niezwykle ważnym elementem życia każdego z nas. Nie wyobrażam
sobie mojej egzystencji bez tego zawodu. Chyba tak jak każdy
zastanawiam się jednak nad dalszym sensem działania, nad pracą tu i
teraz. Miałem to szczęście uczestniczyć w wielu projektach, dużo się
nauczyłem, a także podejmowałem bardzo ciekawe wyzwania. Być może
przyszedł czas zmierzenia się z czymś innym. Odczuwam potrzebę wyjścia
trochę poza dość hermetyczny świat JEMS. Myślę o powrocie do pracy na
Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.
Odpowiedzialność przede wszystkim
PAWEŁ MAJKUSIAK:
architekt, urodził się w 1971 r. w Radomiu. W 1998 roku ukończył
Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Następnie, w 1996 roku
rozpoczął pracę w firmie JEMS Architekci – od 2003 r. jest tam
partnerem.
Architekt to zawód twórczy, ale jego wykonywanie w
dzisiejszych czasach jest niemożliwe bez znajomości prawa, sztuki
budowlanej, konstrukcji, technologii materiałów i psychologii. Taka
mieszanka daje wiele możliwości działania. Dotykamy w swojej pracy z
jednej strony rzeczy realnych, trwałych, z drugiej zaś – problemów nie
dających się zbadać empirycznie, odbieranych jedynie intuicyjnie.
Istnieje
wielkie ryzyko, że zawód ten stanie się odtwórczy. Mam bardzo
pragmatyczny stosunek do świata, do pracy zawodowej także. Z tego
powodu bliżej mi jest do stwierdzenia, że architekt to zawód usługowy,
gdzie liczy się solidne rzemiosło. Jeśli kryje się gdzieś pierwiastek
metafizyczny (kwestia talentu), to lepiej tego głośno nie nazywać.
Niestety, żyjemy w czasach, kiedy potrzeba szybkiego nazwania czegoś
dziełem i pokusa wartościowania oraz etykietowania efektów pracy w
kategorii „mam talent” jest bardzo silna. Oprócz zwykłej słabości
charakteru jest to wynik wdzierania się świata mediów do większości
sfer życia. Zaburza to proces kształtowania się osobowości zawodowej
wielu architektów, zwłaszcza tych młodych.
Pomysł na kreację
własnego wizerunku zwycięża z potrzebą poszukiwania sensu pracy.
Budowanie kariery i zaistnienia stały się nadrzędne wobec efektu
końcowego, jakim jest stworzenie budynku. Do dużej części z nas nie
dociera często, iż zawód architekta nie polega na rysowaniu domów (to
domena grafików), ale na ich wymyśleniu i doprowadzeniu do realizacji
zgodnie z przyjętą koncepcją. Rysunek, czy wizualizacja są jedynie
formami przekazywania tego pomysłu ludziom, dla których budujemy
konkretny obiekt, lub tych, którzy potrafią te domy budować. Efektem
końcowym jest pojedynczy obiekt, a czasem nawet cała dzielnica.
Projektowanie
domów jest zadaniem niezwykle odpowiedzialnym, z czego często nie
zdajemy sobie sprawy. Myślę tu głównie o naszym, architektów,
środowisku. Poza bezpieczeństwem realizowanej konstrukcji, budżetem i
harmonogramem, architekt odpowiada przede wszystkim za wizualny efekt
tej pracy – za to, jak budynek wygląda i będzie wyglądał za kilka lat.
Efekt zazwyczaj przeżyje nas samych, a skutki odczuwalne będą dla
tysięcy ludzi. Ta świadomość powinna towarzyszyć podejmowaniu każdej
decyzji projektowej, i właśnie niewymierność tej odpowiedzialności
stanowi największy problem. Zły architekt nie odpowiada za wytwór
swojej pracy – rysował brzydkie domy i będzie rysował je nadal. Często
w narzekaniach na kondycję estetyczną naszego kraju dosyć łatwo
przerzucamy odpowiedzialność za nienajlepszy stan otaczającej nas
przestrzeni na błędy władzy, brak pieniędzy, komunę. Bardzo rzadko
dyskusja ta dotyka problemu poziomu edukacji. Oczywiste jest, że jedną
z wielu przyczyn tego zjawiska jest np. kształt ustawy o zamówieniach
publicznych, która każe w ramach konkursu wybrać projekt najtańszy, a
nie najlepszy. Do tego łatwość, z jaką przechodzimy do porządku
dziennego nad propozycjami „celebrytów” architektury, jest czasem
zdumiewająca.
Boimy się nazywać rzeczy brzydkie brzydkimi, a
ładne ładnymi. Wolimy pokrywać to stwierdzeniami: oryginalny,
niepowtarzalny, współczesny, nie zdając sobie sprawy z tego, jakie
niebezpieczeństwa (estetyczne) te pojęcia za sobą kryją. Mam wrażenie,
że środowiskowa koteria nie pozwala często na zdrową ocenę i krytykę w
formie dyskusji.
Pracownia JEMS była i jest dla mnie szkołą
zawodu. Studia nie pomogły mi zrozumieć, czym tak naprawdę jest
architektura. Zakładam, że był to tylko mój problem. JEMS był pierwszą
pracownią, w której rozpocząłem naukę zawodu. Mogłem tu spojrzeć
inaczej nie tylko na architekturę, ale też na życie w ogóle. Miałem, i
mam dalej, szczęście uczyć się tu od najlepszych.
Kwestia świadomości
ANDRZEJ SIDOROWICZ:
architekt; urodził się w 1963 roku w Baniach Mazurskich. W 1998 roku
ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Od 1990 roku
zatrudniony w firmie JEMS Architekci, od 2003 r. partner w JEMS.
Architektura
jest koniecznością z punktu widzenia społecznego – jest to sztuka
utylitarna, ale projektujemy i budujemy nie tylko po to, aby żyło nam
się lepiej, wygodniej i przyjemniej, ale także dlatego, by zaspokoić
ważną dla każdego potrzebę życia w przyjaznym otoczeniu, o czym często
zapominamy. Architektura powinna nas otaczać i żyć, być przede
wszystkim tłem oddziaływującym swoimi proporcjami, skalą, harmonią i
pięknem na naszą podświadomość.
Choć z tego typu usług
architektury korzystamy wszyscy, nie da się ich realizować w duchu
demokracji – trakcie projektowania nie można brać pod uwagę zdania
większości. Nie da się stworzyć czegoś, co spodoba się wszystkim, a
podstawą oceny nie może być podanie pod głosowanie, w szczególności
każdego czynnika z osobna. Architektury nie interpretuje się w
kategoriach liczb, wagi i miary. Dobra architektura, jak każde dzieło
sztuki, musi wynikać ze wsłuchiwania się i reakcji na otoczenie, z jej
odbioru społecznego, ale równocześnie powinna się cechować
indywidualizmem i śladem osobistego zaangażowania autorów.
Obiektywna
i jednoznaczna ocena jakości architektury jest trudna. Moim zdaniem
najlepszym sposobem docenienia dobrych projektów są konkursy, które
pozwalają wyłonić wyjątkowe pomysły, spełniające stawiane im założenia.
Oczywiście żadne rozstrzygnięcie nie będzie nigdy w pełni bezstronne i
wcale nie ma takie być. To bardzo pozytywne, że architektura ma w sobie
jeszcze subiektywizm – ten pierwiastek ludzki, którego szczęśliwie do
tej pory nie wyeliminowały żadne procedury.
Zbyt mała ilość
projektów odkrywanych w drodze konkursów to nie jedyna przyczyna dość
słabego poziomu polskiej architektury. Podstawowy problem wynika z
braku świadomości, a ta najzwyczajniej – z braku edukacji, która w
mojej opinii jest najważniejszą częścią kultury. Bez edukacji nie ma
społeczeństwa, postępu i cywilizacji. Nie mówię tu tylko o edukacji
architektonicznej. To dotyczy kształcenia w ogóle. Nie rozwiążemy tego
problemu wprowadzeniem dodatkowej godziny lekcji nauki o sztuce Nie
można komuś powiedzieć, żeby pokochał piękną architekturę, on musi
zobaczyć, sam zrozumieć, gdzie tego piękna szukać. Najważniejsze jest
obserwowanie, kontakt oraz wiedza empiryczna. I w tym tkwi być może
najważniejsza rola architekta-nauczyciela –stworzyć takie otoczenie,
które pozwoli każdemu na mimowolne wchłanianie prawdziwej sztuki.
Architektura to nie tylko projekt budynku, to nie sama forma,
konstrukcja i detal. To również, a może przede wszystkim, otoczenie,
czyli miejsce w którym konstrukcja powstaje, funkcjonuje i obrasta
tradycjami. Zmiana tej świadomości to oczywiście praca na lata.
Chyba
dałem się ponieść refleksjom i za bardzo wciągnąłem się w próbę
zdefiniowania zbyt trudnej dla mnie materii. Wszystko zabrzmiało zbyt
patetycznie. Nie uważam się za znawcę architektury. Zdecydowanie wolę
się nią zajmować praktycznie, niż o niej opowiadać.
Niemal
wszystko, czego się nauczyłem w tym zawodzie, zawdzięczam praktyce w
biurze JEMS. Obserwowanie pracy wybitnych architektów nauczyło mnie, że
na projekt należy patrzeć wielowymiarowo, a przejście od zarysu do
realizacji jest naprawdę fascynujące. Miałem możliwość uczestniczenia w
bardzo dużych wydarzeniach architektonicznych. Pracowałem między innymi
przy projekcie Agory – jednej z naszych najlepszych realizacji. To było
ogromne wyzwanie, zetknięcie się z architekturą przez duże „A”.
Współpraca pokazała mi, że dla JEMS liczy się nie tyle sam projekt i
własne ambicje, co ich efekt końcowy – wysoka jakość tworzonej
przestrzeni.
Architektura z importu
MACIEJ MIŁOBĘDZKI:
architekt; urodził się w 1959 roku w Warszawie. W 1985 ukończył Wydział
Architektury Politechniki Warszawskiej. W latach 1984–1988 pracował w
Spółdzielni Pracy Twórczej Architektów Plastyków. Razem z Olgierdem
Jagiełło i Jerzym Szczepanikiem-Dzikowskim założył w 1988 r. spółkę
JEMS. Od tej pory cała jego działalność związana jest z pracownią JEMS
Architekci. Laureat Honorowej Nagrody SARP z 2002 r.
Projektowanie może być fascynującą przygodą, nawet, gdy spotyka się z
uwarunkowaniami, które można by nazwać niewdzięczną rzeczywistością.
Dopełnianie formalności, kontakt ze światem urzędów, banków,
nieprzyjaznych konsultantów i managerów może być drogą przez mękę.
Dzisiaj w architekturze, jak w modzie czy designie, próbuje się
przewidzieć i zaprogramować trendy na najbliższe sezony. Architekt
zostaje styranizowany przez przymus wprowadzania nowości, które stają
się celem samym w sobie. Twórcy zmieniający bieg historii dzięki
indywidualnemu sposobowi patrzenia, odczuwania i myślenia o
architekturze, nie są w cenie.
To frustrujące, gdy nawet
bardzo dobrzy architekci tracą głowę i próbują zaskoczyć tym, czego w
ich mniemaniu jeszcze nie było. Konieczna jest konsekwencja w
rozwijaniu swoich pomysłów w przemyślany i świadomy sposób. Tabula rasa
w dziedzinie projektowania zawsze kusiła przedstawicieli naszej
profesji. Nie łudźmy się jednak – z pustki, przetwarzania
abstrakcyjnych danych i z wydumanych strategii nie powstaną żadne nowe
formy (o ile takie są możliwe), ani nowe treści.
Zła kondycja
polskiej architektury nie wynika z technologicznego zacofania, czy z
braku dostępu do architektury światowej. Bez zastanowienia przyjmujemy
schematy, automatycznie powielamy kostiumy, które użyte w niewłaściwym
kontekście, pozbawione intelektualnego zaplecza i indywidualnego
podejścia stają się pretensjonalną dekoracją. Mamy w Polsce
utalentowanych architektów, którzy nie potrafią kontynuować nawet
swoich przemyśleń, czerpać z własnych indywidualnych doświadczeń,
zrywają z tradycjami nie próbując ustosunkować się w krytyczny sposób
do tego, co było. Dobra architektura nie powstaje ani z totalnej
negacji, ani z bezkrytycznej afirmacji wcześniejszych dokonań – to
oczywiście truizm, ale często o nim zapominamy.
Miejscem, w
którym doskonale widać te tendencje, jest Warszawa. Przez długi czas
była miastem pod wieloma względami prowincjonalnym, ze wszystkimi
wadami i urokami takiej sytuacji. Te specyficzne cechy przetrwały i
utrwaliły się w jej wielkomiejskim, metropolitalnym rozwoju. Po wojnie
została zamieniona w sztuczną scenografię. Publiczne przestrzenie i
obszary pseudo-zabytkowego centrum są płaskie i nieautentyczne. Realia
polityczno-gospodarcze ostatniego półwiecza pozbawiły procesy rozwoju
miasta wszelkiej naturalności, a przede wszystkim ciągłości żywej
tradycji ludzkich życiorysów, historii. Dziś mieszkańcy Warszawy to w
siedemdziesięciu procentach osoby napływowe, dla których to miasto jest
ważne wyłącznie jako miejsce awansu społecznego i kariery. Na pewno
sporo czasu musi minąć, by można było mówić również o awansie
cywilizacyjnym – wytworzeniu niepowtarzalnych, lokalnych (sub)kultur.
Z dużą rezerwą podchodzę do mainstreamu europejskiej architektury
powstającej na obszarach aglomeracji. Ciekawe zjawiska oparte na
krytycznym, twórczym stosunku do przeszłości i wnikliwej analizie
współcześnie zachodzących zjawisk, osadzone w lokalnych szkołach
projektowania, pojawiają się raczej na obrzeżach głównych nurtów
twórczości architektonicznej.
Kontakt z architekturą dawną
uczy pokory i może być niezwykle inspirujący. Okazuje się, że
wielokrotnie powtarzamy sposoby myślenia, budowy planu i formy dawno
już odkryte. Swoboda rozplanowania średniowiecznych budowli, ich
praktyczny, funkcjonalny i racjonalny charakter, a także indywidualizm,
energia i siła duchowa mają, w moim przekonaniu, swój godny odpowiednik
dopiero w organicznej architekturze Wrighta.
Myślę, że
edukacja architektoniczna jest obecnie nieco zawieszona w próżni. Zbyt
mało uwagi zwraca się na umiejętność spojrzenia na dynamikę i
różnorodność zjawisk oraz procesów obecnych we współczesnym świecie,
jak i na krytyczny i analityczny stosunek do dziedzictwa twórczości i
myśli architektonicznej.
Na co dzień mam kontakt z adeptami
architektury. Poza pracą w biurze JEMS prowadzę również prace dyplomowe
na Wydziale Architektury Politechniki Poznańskiej. Obserwując swoich
studentów, dostrzegam w nich duży potencjał. Mają dziś olbrzymie
możliwości, często wyjeżdżają, uczestniczą w wymianach studentów,
stażach zagranicznych i biorą udział w konkursach. Praca z młodymi
ludźmi napawa optymizmem. Potrafią zdobyć się na dużą dozę
niezależności w spojrzeniu na świat, i również od nich można się sporo
nauczyć.
W naszym biurze zatrudniamy wielu świeżo upieczonych
architektów i mamy nadzieję, że rynek nie wymusi na nas drastycznych
zmian w tym zakresie. Te wszystkie osoby staramy się obdarzać zaufaniem
i dajemy im możliwość zaistnienia. Nie chcemy też specjalnie się
rozrastać – około pięćdziesięcioosobowa grupa na naszym pokładzie to
już chyba wielkość progowa. Pracownie-giganty, które zatrudniają setki
pracowników, choć doskonale prosperują i mają zlecenia od klientów
korporacyjnych, niestety nie dają zbyt dużych szans na indywidualną,
twórczą pracę nad ambitnymi projektami. Zresztą kryzysy finansowe, jak
ten ostatni, w znacznym stopniu odbijają się na kondycji takich biur.
Zagadnienia pozaprojektowe
WOJCIECH ZYCH: urodził się w 1950 roku w Milanówku, absolwent SGPiS, w latach 1972–1976 pracownik naukowy w Instytucie Badań Jądrowych, w latach 1976–1979 zatrudniony w teatrach: Studio, Komedia oraz w Stołecznej Estradzie na stanowiskach kierowniczych. Od 1979 do 1983 r. dyrektor oddziału warszawskiego w Zakładach Artystycznych Związku Polskich Artystów Plastyków, w latach 1983–1984 dyrektor oddziału warszawskiego PP Sztuka Polska, od 1984 do 1989 r. prezes Spółdzielni Pracy Twórczej Architektów i Artystów Plastyków ESPEA, współzałożyciel i prezes JEMS Architekci, od 1991 r. prezes spółki DAWOS.
JEMS jest jedną z największych firm architektonicznych w Polsce. Dzisiejszą pozycję zawdzięczamy naszemu uporowi i wysokiej jakości usług. Najważniejszym założeniem pracowni jest tworzenie projektów zgodnych z duchem czasu, a jednocześnie współgrających z istniejącymi już budowlami. Architekci należący do załogi JEMS to ludzie z ogromnym potencjałem i wyobraźnią. Projektowanie jest po prostu ich pasją. Nowi partnerzy nie pojawili się u nas przypadkowo. Każdy jest indywidualistą, ma swoje zdanie, ale są kwestie, w których doskonale się zgadzamy. Oczywiście sprzeczki są na porządku dziennym, jednak najważniejszy jest szacunek do argumentów innych. Poszczególni koledzy-partnerzy specjalizują się w różnych sferach, dzięki temu każdy może być ekspertem w swojej dziedzinie. Na przykład Olgierd Jagiełło zajmuje się negocjacjami z przedstawicielami administracji i sporą część swojego czasu poświęca na przekonywanie przedstawicieli różnych urzędów do przyjętych przez nas rozwiązań. Paweł Majkusiak specjalizuje się w budownictwie mieszkaniowym, Marcin Sadowski zajmuje się głównie tematyką biurową. Zdanie Jerzego Szczepanika-Dzikowskiego i Macieja Miłobędzkiego ma ogromne poważanie wśród kolegów, ponieważ są to niezwykli znawcy i teoretycy architektury. W odróżnieniu od kolegów nie jestem projektantem, a ekonomistą – odpowiadam za kondycję finansową firmy. Choć staram się nie wtrącać do problemów projektowych, to finanse mimo wszystko maja na nie duży wpływ. Do mnie należą także negocjacje z klientami, zawieranie umów, łagodzenie konfliktów. Taka praca często jest bardzo stresująca, ale też fascynująca i dająca olbrzymią satysfakcję. Nie ma przepisu na udany kontrakt. Każda inwestycja i kolejni klienci wymagają dużej elastyczności i nieco innego podejścia.
Dziś kondycja polskiej architektury jej zdecydowanie lepsza w porównaniu z początkami naszej działalności. Nie ma znaczenia, czy inwestycja powstaje w Polsce, czy w jakimś innym kraju, ponieważ możemy korzystać z technologii i materiałów stosowanych na całym świecie. Mimo że dawniej powstawało dużo ciekawych i świeżych projektów, zazwyczaj trafiały do szuflady i nie były realizowane, co dziś praktycznie się nie zdarza. Może pod względem administracyjnym jest nieco trudniej – czas oczekiwania na procedury urzędowe znacznie się wydłużył. Pewne rozwiązania zostały żywcem, bez należytego zastanowienia, przeniesione z ustawodawstwa Unii Europejskiej, co czasem bardzo utrudnia życie.
Choć stan polskiej gospodarki nie jest zadowalający i wiele firm projektowych zakończyło swoją działalność, JEMS czuje się stabilnie, ponieważ funkcjonujemy nieco inaczej niż małe pracownie. Z jednej strony mamy większe koszty, własną siedzibę i wielu pracowników, ale działając w dużej grupie możemy mierzyć się z wielkimi zadaniami, a oprócz tego prowadzić kilkanaście projektów naraz. Choć bum budowlany nagle się skończył, ma to też swoje pozytywne strony. Nadmiar projektów w poprzednich latach tak nas pochłonął, że firma rzadko uczestniczyła w konkursach architektonicznych, które kiedyś zadecydowały o naszym prestiżu. To niezwykle trudne, czasochłonne i ze strony finansowej mało opłacalne przedsięwzięcia, ale dają możliwość rozwoju, zaangażowania i integracji całej pracowni. Mamy możliwość mierzenia się z niezwykle prestiżowymi inwestycjami oraz z zagadnieniami dotyczącymi budownictwa publicznego.
Wewnętrzna wartość
MAREK MOSKAL: architekt; urodził się w 1966 roku w Radymnie. W 1990 r. ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej, a od 1999 roku jest zatrudniony w firmie JEMS Architekci – w 2006 r. został tam partnerem.
Piękno w architekturze, szczególnie współczesnej, jest bardzo trudne do zdefiniowania. Decydowanie o tym, co jest ładne, nie jest jednoznacznie określone, bo nie zostały wypracowane obiektywne kryteria. Fachowej oceny mogłoby dokonać jedynie grono autorytetów, ale kto miałby się znaleźć wśród tych specjalistów? Jedyne, o czym możemy mówić, to nasz prywatny, subiektywny pogląd i odczucie, co naszym zdaniem jest ładniejsze.
Jest wielu zdolnych architektów, których budynki bardzo mi się podobają. Szczególnie cenię budownictwo fińskie, szwajcarskie i duńskie. Budowle, które tam powstają, cechuje skromność, otwartość oraz zastosowanie naturalnych materiałów. Poza tym zbudowane są z wielką pokorą do otaczającego je krajobrazu i tradycji.
Architekci z biura JEMS są pod wrażeniem skandynawskiej architektury. Nie chcemy adaptować tamtych tendencji do naszych warunków, ale staramy się w rozsądny sposób czerpać z korzystnych dokonań innych. Pierwszym etapem projektowania nowego budynku jest dyskusja – próbujemy zrozumieć, w jaki sposób stworzyć odpowiedni dla danego tematu klimat, jednocześnie spełniając wszystkie aspekty związane z jego funkcjonowaniem i dostosowaniem do rzeczywistych wymagań urbanistycznych, przestrzennych, technicznych i formalnych. Odkrywamy jego duszę, by nie był tylko zwykłą skorupą. Stosujemy przede wszystkim proste formy, ale zdarzają się budynki bardziej rozrzeźbione. Najważniejsze, aby nowy dom nie stał się monotonną siatką słupów, na którą nakleja się elewację. Wszystkie zależności pomiędzy elementami powinny być wielowarstwowe i przestrzenne – wnętrze powinno być integralnie związane z kształtowaniem fasady. Bardzo ważna jest gra światła – każda przestrzeń musi posiadać swój charakter dostosowany do funkcji, którą spełnia.
Przy realizacji naszych projektów wykorzystujemy głównie naturalne materiały, ale jesteśmy otwarci również na najnowsze osiągnięcia w tej dziedzinie. Umożliwiają one wprowadzenie śmielszych rozwiązań konstrukcyjnych i instalacyjnych, a przy tym poprawiają parametry związane z fizyką budowli, jak izolacyjność termiczna, akustyczna lub energooszczędność. Na naszym rynku pojawiają się też struktury i materiały, które są ogromnym zagrożeniem dla jakości architektury, które naśladują coś, czym już dawno nie są. Konglomeraty i różnego rodzaju mieszanki sztucznych komponentów imitujące naturalne materiały odbieramy jako „architektoniczne oszustwo”. To zupełny upadek dobrych zasad architektonicznych, który negatywnie wpływa na jakość.
W pracowni JEMS do każdego projektu podchodzimy bardzo indywidualnie. Naszą siłą jest możliwość konfrontacji – dyskusja to bardzo cenna rzecz. Tworzymy jedną firmę, w związku z czym podzielamy jej główne założenia, ale często mamy też różne zdania na pewne tematy. Każdy ma prawo do wyrażania swoich opinii, ponieważ prezentowanie odmiennego punktu widzenia pozwala szerzej ogarnąć problem i wyzwolić się z pewnych szablonów podejścia do tematu, a to zazwyczaj ma pozytywny wpływ na projekt.