
Izabela Kamińska: Czy zarejestrował Pan moment, w którym był Pan gotowy na zmierzenie się z poważną architekturą?
Romuald Loegler:
W moim przypadku taki moment narodził się bardzo wcześnie. Jako
absolwent zacząłem pracę na Politechnice w Katedrze Projektowania
Budynków Użyteczności Publicznej u prof. Kupcza. Wówczas osobiste losy
profesora na uczelni zadecydowały, że odszedłem z Politechniki.
Zrozumiałem, że będzie to czas stracony i nie pozwoli mi na rzeczywiste
praktykowanie zawodu. I właściwie po niespełna czterech latach pracy
rozpocząłem z kolegą prywatną praktykę. Wówczas świadomość podjęcia
odpowiedzialności za budynek stała się oczywista. Już w pierwszych
latach działalności naszej prywatnej pracowni udało nam się stworzyć
ciekawe i oryginalne projekty. Projektowaliśmy najczęściej budynki
użyteczności publicznej, domy kultury, biblioteki, obiekty dla
administracji.
Dlaczego jest Pan architektem?
Szczerze mówiąc to nie ja o tym
zdecydowałem, tylko moja mama. To zabawna historia. Mój stryj zajmował
się malarstwem, a co za tym idzie, chciał należeć do bohemy
artystycznej, która odznaczała się pewnym stylem bycia. Kiedy i ja
zdecydowałem się, po kilku latach uczęszczania do szkoły muzycznej,
porzucić muzykę i zacząłem malować, moja matka nie mogła się z tym
pogodzić. Uznała, że muszę wybrać inny, poważniejszy zawód, bo dość już
„wariatów” w rodzinie. Wówczas pewien wykształcony malarz, niejaki pan
Korolewski, obejrzał moje rysunki i poradził mi, bym zdawał na studia
architektoniczne, gdzie będzie miejsce i na rysowanie i malowanie. I
tym sposobem znalazłem się na egzaminie na Wydziale Architektury bez
jakichkolwiek sprzętów do rysowania. Pożyczonym ołówkiem narysowałem
pracę, która została oceniona na drugiej pozycji wśród zdających. I tym
sposobem stałem się studentem architektury.
Nie manifestował Pan?
Nie, ja szybko zacząłem łykać
bakcyla. Ten cały proces świadomości dochodzenia do tego kim chcę być
bardzo ułatwili mi profesorowie na studiach. Umiejętność zdobywania
zawodu poprzez rysunek dawała mi wystarczającą przyjemność i mimochodem zauważyłem, że można połączyć jedno z drugim. Dziś. szczerze
mówiąc, nie bardzo mogę sobie wyobrazić, że mógłbym zajmować się czymś
innym. Chyba byłbym bardzo miernym malarzem. Z perspektywy czasu widzę,
że lepiej jest czasami posłuchać rodziców.
Jest Pan wydawcą miesięcznika "Architektura & Biznes"…
To zajęcie jest bardzo wyjątkową
rzeczą w moim życiu. Nie traktuję tego jak działalności zawodowej, ale
raczej jak hobby. Zdecydowałem się na wydawanie "Architektury &
Biznesu", ponieważ uznałem, że środowisko architektów, studentów, a
także ludzi nie związanych z branżą potrzebuje magazynu, który
pomagałby w komunikacji, w zorientowaniu co i jak się buduje, jakich
zagadnień konstrukcyjnych i ideowych dotyczą powstające budowle.
Aktualnie ukazał się dwusetny numer, który chyba jest najlepszym
sprawdzianem, na to, że przynajmniej częściowo udało się nam
zrealizować założenia związane z miesięcznikiem. Na początku byliśmy
bardzo krytykowani za „mało romantyczny”, „mało poetycki” tytuł. Ja
jednak po wielu latach doświadczeń zagranicznych, praktyce zawodowej w
kraju, po przygodzie z biennale architektury, zacząłem dostrzegać, że
gospodarka i architektura są bardzo ze sobą powiązane. Architektura bez
dobrej gospodarki nie istnieje. Nie widziałem więc nic złego w tej
zbitce słów. Skoro wydaliśmy tyle numerów i udało nam się uzyskać
wysoki poziom merytoryczny, to znaczy, że chyba naszym czytelnikom ten
tytuł też przypadł do gustu.
Czy tworząc magazyn, korzysta Pan ze swoich doświadczeń architektonicznych?
Doświadczenia oczywiście są bardzo
ważne. Moja prywatna praktyka oraz ludzi, z którymi współpracuję,
pozwoliła na znalezienie kierunku, w jakim magazyn ma zmierzać. Poza
tym często musimy analizować i opisywać prace innych, i chyba łatwiej
jest to robić poprzez pryzmat własnych działań. W magazynie podkreślamy
ważność odpowiedzialności za architekturę w sensie społecznym, a także
staramy się uczyć dbania o jakość, ponieważ architektura to nie
jest zabawa.
Czy architektura to dobry biznes?
Nigdy tak nie traktowałem
architektury, zawsze staram się robić to przede wszystkim z pasji. Poza
tym ja nie mam głowy do biznesu.
Zdobył Pan doświadczenie w kilku
renomowanych biurach architektonicznych w Finlandii, Niemczech i
Austrii. Czy to zaowocowało w dalszej twórczości?
Każde doświadczenie zagraniczne
wydaje mi się niezwykle ważne i potem staram się przenosić je na
lokalne warunki. Niewątpliwie najwyżej jednak cenię praktykę u
profesora Karla Schwanzera w Wiedniu, która otworzyła mi oczy na to, jak wygląda profesjonalnie funkcjonujące biuro i fachowa, pełna zaangażowania praca lidera, który kieruje
biurem. Tam miałem też możliwość na podbudowanie teoretyczne, rozwój
własnej osobowości. Zrozumiałem, jak ważne jest rozbudowywanie
wrażliwości poprzez wniknięcie w teorię, znalezienie własnej drogi.
Myślę, że brak tych podstaw intelektualnych mógłby mnie wkręcić w
taki młynek rutyny, a to jest najgorsze, co się może zdarzyć.
Podróże kształcą – to dosyć oklepane stwierdzenie, ale chyba bardzo prawdziwe?
Architektury trzeba doświadczyć bezpośrednio. Bez
tego nie można mówić o rzeczywistych i emocjonalnych doznaniach.
Oglądanie zdjęć i obrazów to zbyt uproszczone poznawanie architektury
jako zalążka do inspirowania się we własnej twórczości. Podczas mojego
stypendialnego pobytu w Finlandii miałem możliwość przewędrowania
tego kraju wzdłuż i wszerz, obejrzenia wybitnych obiektów w bardzo
różnych zakątkach, i często byłem zaskakiwany tym, że nawet w
niewielkich miejscowościach budowane są naprawdę wybitne budowle. Finowie tym się różnią od
nas, że nie jest dla nich najważniejsze miejsce, a odpowiedzialność,
standard budynku, zawarte w nim wartości kulturowe. Jest tam niezwykły
szacunek do sztuki. I właśnie podróże pozwalają mi na takie
doświadczenia, które potem staram się przenosić do własnej twórczości.
Jaką zagraniczną budowlę chciałby Pan przenieść do Polski?
Myślę, że taki implant nie jest
najlepszym pomysłem. Mimo uniwersalizacji architektury, jej
umiędzynarodowienia, czy może nawet globalizacji, bardzo ważną
wartością dodaną danej budowli są jej korzenie. Myślę, że poszukiwanie
takiego budynku, który można by było przenieść do innego kraju, nie
miałoby sensu, ponieważ inne miejsce nie pozwoliłoby mu na
prezentowanie tych wartości. Ostatnio da się zauważyć tendencję,
zwłaszcza u młodych osób, do powielania pomysłów i idei innych, bez
dodania do tego własnego intelektualnego wkładu, bez świadomości, że
wstydem jest kopiowanie. Myślę, że brakuje wśród wielu architektów
doświadczenia, które pozwalałoby na krytyczny stosunek do własne twórczości.
Ma Pan na swym koncie architektoniczne
projekty w Paryżu, Berlinie, Dreźnie, Dusseldorfe. Jakie były wady i
zalety tworzenia za granicą?
Większych wad trudno się
dopatrzyć. Nasza berlińska realizacja obciążona jest wadami, które
wynikają z pewnego czysto formalnego stosunku między nami a
zleceniodawcą. Miało to miejsce w okresie, kiedy jeszcze samodzielnie,
jako obywatele polscy, nie mogliśmy prowadzić działalności zawodowej
jako niezależne biura. W wielu konkursach Polacy odnosili sukcesy, jak
chociażby w konkursie na operę w Madrycie, jednak nie dochodziło do ich
realizacji, właściwie nigdy nie rozwijała się praktyczna działalność.
Dzisiaj o wiele łatwiej jest wykazać, jakie są trudności i zalety
działalności zagranicznej, ponieważ dzięki przynależności do Unii
Europejskiej możemy być partnerami w przedsięwzięciach inwestycyjnych,
teoretycznie mamy takie same szanse.
Tylko czy je wykorzystujemy, czy ktoś chce z naszych usług korzystać?
Inwestorzy na Zachodzie, zwłaszcza
przy dużych obiektach, wymagają nadal pewnych zabezpieczeń prawnych,
ubezpieczeń działalności danego biura. Myślę, że musimy jeszcze trochę
poczekać zanim będziemy całkiem równoważnie traktowani przez inwestorów
i będziemy mogli występować tam jako partnerzy dla dużych
przedsięwzięć inwestycyjnych.
Czy w Polsce projektuje się trudniej?
Po doświadczeniach, które zdobyłem
za granicą, muszę powiedzieć, że w Polsce projektuje się łatwiej.
Wymagania i zakres odpowiedzialności są u nas znacznie mniejsze. Rola
architekta i jego możliwość wpływania na jakość zdecydowanie są większe za granicą. To się bierze przede wszystkim z faktu, że w Polsce
inwestor budynków użyteczności publicznej w większości przypadków nie
jest przygotowany do tego, żeby być partnerem, nie traktuje
emocjonalnie tej współpracy – jest to głównie przedsięwzięcie
gospodarcze. Za granicą inwestorzy są o wiele bardziej świadomi,
traktują architekta jak partnera, mają oczywiście swoje oczekiwania i
wymagania, ale powierzają decydujący głos ludziom, którzy się na tym
znają. I właśnie dzięki temu architektura tam jest o wiele lepsza, jest
nadal dla nas wzorem.
Wykonał Pan projekt domu przyszłości. Czy pokusiłby się Pan o projekt biura przyszłości?
Oczywiście tak. Nie ukrywam, że
pewne kroki zostały już w tym kierunku poczynione. Jestem na etapie
prowadzenia bardzo trudnych rozmów z moimi partnerami od strony
inwestorskiej. Uważam, że kwestia biura przyszłości, tak jak i domu
przyszłości, jest niesłychanie ważną rzeczą. Biuro jest miejscem, które
egzystuje i rozwija się w różnych kierunkach. Jego wygląd, forma,
konstrukcja wpływa na kondycję psychiczną, a także fizyczno-zdrowotną
pracowników. Moim zdaniem biuro przyszłości powinno mieć bardzo wysoko
rozwinięty aspekt humanitarny, co opłaca się chociażby z punktu
ekonomicznego pracodawcy. Podczas jednej z konferencji w Budapeszcie
przedstawiono nam rezultaty zatrudnienia ludzi w biurach
wielkoprzestrzennych, w biurach typu banki, czy obiekty handlowe.
Okazuje się, że warunki pracy, które tam zostały stworzone prowadzą do
chorób, co pociąga za sobą częste zwolnienia i leczenie. Przekłada się
to na utratę zdrowia tych ludzi, ale też na wzrost kosztów prowadzenia
firmy przez pracodawcę. Architektoniczna wizja przyszłości łączy się
również z ochroną środowiska, ponieważ musi wykorzystywać dary, które
daje nam natura, czyli światło słoneczne, naturalne wentylowanie.
Wracając do Pani pytania, ja jestem bardzo zainteresowany tym, żeby
stworzyć miejsce pracy przyszłości.
Dziś biurowiec często zajmuje większą
przestrzeń niż hala produkcyjna. Co Pan myśli o polskim rynku biurowym? Czy istnieje u nas potrzeba budowania nowych potężnych budynków z
przeznaczeniem na biura?
To zagadnienie jest trochę poza
architektoniczną profesją. Myślę jednak, że na pewno jest w tym całym biznesie jakiś zdroworozsądkowy podział między wytwarzaniem
materialnym a obsługą ekonomiczną, choć niewątpliwie praca biurowa
może mieć też wpływ na to, ile hal produkcyjnych powstaje. Nie wyobrażam
sobie, by można było żyć bez biur. Niektóre teorie mówią o
przeniesieniu pracy biurowej do domu, jednak ja uważam, że rodzaj
ludzki jest gatunkiem stadnym. My nie potrafmy żyć, nie potrafmy
pracować w samotności. Wspólne działanie daje nam inny rozwój własnej
osobowości. Profesor Jan Gehl, autorytet w dziedzinie tworzenia
przestrzeni użyteczności publicznej, człowiek, który ożywił Kopenhagę,
uważany za jednego z najwybitniejszych projektantów i konsultantów
przestrzeni publicznej w sensie socjologicznym, w sensie programowym,
udowodnił, że kontakt człowieka z człowiekiem, to przeżycie
emocjonalne, które jest niezwykle ważne również dla rozwoju
cywilizacyjnego.
Wysokość, przestrzeń, światło, technika, konstrukcja... Co tak naprawdę jest najważniejsze przy projektowaniu biurowców?
Oczywiście technika jest tu
niebywale ważnym czynnikiem, który pozwala realizować śmielsze
rozwiązania. Konstrukcja, wysokość to elementy, bez których budowla nie
może istnieć. Jednak to przestrzeń i kreujące ją światło są
najważniejsze, to one dają danej architekturze duszę. Jestem wielkim
fanem światła dziennego, które jest czynnikiem funkcjonalnym,
zdrowotnym, a także architektonicznym komponentem. Światło maluje
architekturę. I choć nie można go dotknąć, jest doskonałym tworzywem.
Świadomość kreowania architektury światłem powinna być mocno wpajana
wszystkim studentom architektury.
Proszę opowiedzieć o instytucji Międzynarodowego Biennale Architektury w Krakowie, którego jest Pan twórcą.
idea narodziła się z potrzeby mojej, a
także moich kolegów, zorganizowania jakiejś imprezy, która pokazałaby,
że środowisko architektoniczne w Polsce istnieje. Chciałem, by stała się
formą aktywności docierającą do normalnych śmiertelników, żeby każdy
zrozumiał, że żyje w przestrzeni, którą kreuje ta grupa zawodowa. W
środowisku krakowskim udało mi się stworzyć to biennale od zera, bez
sponsorów, bez żadnego finansowego zaplecza. Inicjatywa została
doskonale przyjęta i już druga edycja była wydarzeniem międzynarodowym.
Udało nam się ściągnąć wielkie sławy architektoniczne ze świata. Była
to impreza, która przetaczała się przez miasto i robiła wokół siebie
dużo szumu. Wydaje mi się, że dziś zostało to trochę zaprzepaszczone.
Choć mam nadzieję, że da się to jeszcze uratować.
Prowadzi Pan zajęcia w Krakowskiej
Szkole Wyższej im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, a także na Wydziale
Architektury Politechniki Białostockiej. Uczy Pan młodych ludzi
akademizmu, dzieli się z nimi swoimi doświadczeniami. Czy dostaje Pan
coś w zamian? Czy przebywanie z adeptami architektury jest
inspirujące?
Podczas pracy ze studentami staram
się dużo z nimi rozmawiać, chcę, by mieli szansę wypowiedzi, by oduczyli
się tej bierności. Pozwalam im również na ocenę tego, co sam robię.
Myślę, że jest to inspirujące dla obu stron. Mnie przede wszystkim daje
możliwość ciągłego bilansowania własnej pracy.
Architekt, wydawca, wykładowca – która z tych dziedzin życia daje Panu największą satysfakcję?
Pochodzę z rodziny, w której
prawie wszyscy byli nauczycielami, więc chyba tego dydaktycznego
zamiłowania mam trochę w genach. Wielką przyjemność daje mi praca z
młodzieżą, ale nigdy nie stawiałem tego ponad resztą. Podobnie jest
z wydawaniem czasopisma. To bardzo ciekawe doświadczenie w moim życiu.
Jednak najwięcej przyjemności i satysfakcji sprawia mi rozwiązywanie
problemów architektonicznych.
Czym nas Pan teraz zaskoczy, nad czym Pan obecnie pracuje?
Być może właśnie tym, co będziemy
mogli nazwać biurem przyszłości. Budynek z naturalną wentylacją, dużą
ilością zieleni i ciekawie kreującym ją światłem. Ważne w nim będzie
także otoczenie, które również wpływa na jakość. Już od dłuższego czasu
zajmuję się tym projektem, opracowałem już jego stronę architektoniczna
i ideową, a teraz toczę boje z inwestorem, by przekonać go do tych rozwiązań.
Czy powstała już Pana najważniejsza realizacja, czy nadal Pan na nią czeka?
Nadal czekam. Być może niebawem uda mi się ją zrealizować…
Mimo, iż Pan Romuald Loegler
zastrzega, że nie potrafi robić interesów, przy wyjściu z kawiarni
bardzo szybko „znalazł” sponsora, który zaoferował, że zapłacić za
naszą kawę. Po czym Pan Romuald skomentował: "Widzi Pani, tak właśnie
szuka się inwestorów, by móc potem podjąć jakąś ciekawą inicjatywę
architektoniczną."
Dr inż. arch.
Romuald Loegler
Absolwent Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej. Od 1987 roku
prowadzi samodzielną praktykę zawodową w biurze architektonicznym
Atelier Loegler i Partnerzy w Krakowie. Twórca Międzynarodowego
Biennale Architektury w Krakowie, a także miesięcznika poświęconego
architekturze "Architektura & Biznes". Prowadzi zajęcia ze studentami
na Wydziale Architektury Sztuk Pięknych w Krakowskiej Szkole Wyższej
im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, a także na Wydziale Architektury na
Politechnice Białostockiej.
Dodaj komentarz