newsletter
Architekci i projektanci
wydarzenia
Orgatec
23 październik 2012 / Targi

Największe w europie targi mebli, akustyki, oświetlenia, techniki i wykładzin do biura

Romuald Loegler - Kreator przyszłości

Izabela Kamińska: Czy zarejestrował Pan moment, w którym był Pan gotowy na zmierzenie się z poważną architekturą?

Romuald Loegler: W moim przypadku taki moment narodził się bardzo wcześnie. Jako absolwent zacząłem pracę na Politechnice w Katedrze Projektowania Budynków Użyteczności Publicznej u prof. Kupcza. Wówczas osobiste losy profesora na uczelni zadecydowały, że odszedłem z Politechniki. Zrozumiałem, że będzie to czas stracony i nie pozwoli mi na rzeczywiste praktykowanie zawodu. I właściwie po niespełna czterech latach pracy rozpocząłem z kolegą prywatną praktykę. Wówczas świadomość podjęcia odpowiedzialności za budynek stała się oczywista. Już w pierwszych latach działalności naszej prywatnej pracowni udało nam się stworzyć ciekawe i oryginalne projekty. Projektowaliśmy najczęściej budynki użyteczności publicznej, domy kultury, biblioteki, obiekty dla administracji.

 

Dlaczego jest Pan architektem?

Szczerze mówiąc to nie ja o tym zdecydowałem, tylko moja mama. To zabawna historia. Mój stryj zajmował się malarstwem, a co za tym idzie, chciał należeć do bohemy artystycznej, która odznaczała się pewnym stylem bycia. Kiedy i ja zdecydowałem się, po kilku latach uczęszczania do szkoły muzycznej, porzucić muzykę i zacząłem malować, moja matka nie mogła się z tym pogodzić. Uznała, że muszę wybrać inny, poważniejszy zawód, bo dość już „wariatów” w rodzinie. Wówczas pewien wykształcony malarz, niejaki pan Korolewski, obejrzał moje rysunki i poradził mi, bym zdawał na studia architektoniczne, gdzie będzie miejsce i na rysowanie i malowanie. I tym sposobem znalazłem się na egzaminie na Wydziale Architektury bez jakichkolwiek sprzętów do rysowania. Pożyczonym ołówkiem narysowałem pracę, która została oceniona na drugiej pozycji wśród zdających. I tym sposobem stałem się studentem architektury.



Nie manifestował Pan?

Nie, ja szybko zacząłem łykać bakcyla. Ten cały proces świadomości dochodzenia do tego kim chcę być bardzo ułatwili mi profesorowie na studiach. Umiejętność zdobywania zawodu poprzez rysunek dawała mi wystarczającą przyjemność i mimochodem zauważyłem, że można połączyć jedno z drugim. Dziś. szczerze mówiąc, nie bardzo mogę sobie wyobrazić, że mógłbym zajmować się czymś innym. Chyba byłbym bardzo miernym malarzem. Z perspektywy czasu widzę, że lepiej jest czasami posłuchać rodziców.



Jest Pan wydawcą miesięcznika "Architektura & Biznes"…


To zajęcie jest bardzo wyjątkową rzeczą w moim życiu. Nie traktuję tego jak działalności zawodowej, ale raczej jak hobby. Zdecydowałem się na wydawanie "Architektury & Biznesu", ponieważ uznałem, że środowisko architektów, studentów, a także ludzi nie związanych z branżą potrzebuje magazynu, który pomagałby w komunikacji, w zorientowaniu co i jak się buduje, jakich zagadnień konstrukcyjnych i ideowych dotyczą powstające budowle. Aktualnie ukazał się dwusetny numer, który chyba jest najlepszym sprawdzianem, na to, że przynajmniej częściowo udało się nam zrealizować założenia związane z miesięcznikiem. Na początku byliśmy bardzo krytykowani za „mało romantyczny”, „mało poetycki” tytuł. Ja jednak po wielu latach doświadczeń zagranicznych, praktyce zawodowej w kraju, po przygodzie z biennale architektury, zacząłem dostrzegać, że gospodarka i architektura są bardzo ze sobą powiązane. Architektura bez dobrej gospodarki nie istnieje. Nie widziałem więc nic złego w tej zbitce słów. Skoro wydaliśmy tyle numerów i udało nam się uzyskać wysoki poziom merytoryczny, to znaczy, że chyba naszym czytelnikom ten tytuł też przypadł do gustu.



Czy tworząc magazyn, korzysta Pan ze swoich doświadczeń architektonicznych?

Doświadczenia oczywiście są bardzo ważne. Moja prywatna praktyka oraz ludzi, z którymi współpracuję, pozwoliła na znalezienie kierunku, w jakim magazyn ma zmierzać. Poza tym często musimy analizować i opisywać prace innych, i chyba łatwiej jest to robić poprzez pryzmat własnych działań. W magazynie podkreślamy ważność odpowiedzialności za architekturę w sensie społecznym, a także staramy się uczyć dbania o jakość, ponieważ architektura to nie jest zabawa.

Czy architektura to dobry biznes?

Nigdy tak nie traktowałem architektury, zawsze staram się robić to przede wszystkim z pasji. Poza tym ja nie mam głowy do biznesu.



Zdobył Pan doświadczenie w kilku renomowanych biurach architektonicznych w Finlandii, Niemczech i Austrii. Czy to zaowocowało w dalszej twórczości?

Każde doświadczenie zagraniczne wydaje mi się niezwykle ważne i potem staram się przenosić je na lokalne warunki. Niewątpliwie najwyżej jednak cenię praktykę u profesora Karla Schwanzera w Wiedniu, która  otworzyła mi oczy na to, jak wygląda profesjonalnie funkcjonujące biuro i fachowa, pełna zaangażowania praca lidera, który kieruje biurem. Tam miałem też możliwość na podbudowanie teoretyczne, rozwój własnej osobowości. Zrozumiałem, jak ważne jest rozbudowywanie wrażliwości poprzez wniknięcie w teorię, znalezienie własnej drogi. Myślę, że brak tych podstaw intelektualnych mógłby mnie wkręcić w taki młynek rutyny, a to jest najgorsze, co się może zdarzyć.

Podróże kształcą – to dosyć oklepane stwierdzenie, ale chyba bardzo prawdziwe?

Architektury trzeba doświadczyć bezpośrednio. Bez tego nie można mówić o rzeczywistych i emocjonalnych doznaniach. Oglądanie zdjęć i obrazów to zbyt uproszczone poznawanie architektury jako zalążka do inspirowania się we własnej twórczości. Podczas mojego stypendialnego pobytu w Finlandii miałem możliwość przewędrowania tego kraju wzdłuż i wszerz, obejrzenia wybitnych obiektów w bardzo różnych zakątkach, i często byłem zaskakiwany tym, że nawet w niewielkich miejscowościach budowane są naprawdę wybitne budowle. Finowie tym się różnią od nas, że nie jest dla nich najważniejsze miejsce, a odpowiedzialność, standard budynku, zawarte w nim wartości kulturowe. Jest tam niezwykły szacunek do sztuki. I właśnie podróże pozwalają mi na takie doświadczenia, które potem staram się przenosić do własnej twórczości.



Jaką zagraniczną budowlę chciałby Pan przenieść do Polski?

Myślę, że taki implant nie jest najlepszym pomysłem. Mimo uniwersalizacji architektury, jej umiędzynarodowienia, czy może nawet globalizacji, bardzo ważną wartością dodaną danej budowli są jej korzenie. Myślę, że poszukiwanie takiego budynku, który można by było przenieść do innego kraju, nie miałoby sensu, ponieważ inne miejsce nie pozwoliłoby mu na prezentowanie tych wartości. Ostatnio da się zauważyć tendencję, zwłaszcza u młodych osób, do powielania pomysłów i idei innych, bez dodania do tego własnego intelektualnego wkładu, bez świadomości, że wstydem jest kopiowanie. Myślę, że brakuje wśród wielu architektów doświadczenia, które pozwalałoby na krytyczny stosunek do własne twórczości.

Ma Pan na swym koncie architektoniczne projekty w Paryżu, Berlinie, Dreźnie, Dusseldorfe. Jakie były wady i zalety tworzenia za granicą?

Większych wad trudno się dopatrzyć. Nasza berlińska realizacja obciążona jest wadami, które wynikają z pewnego czysto formalnego stosunku między nami a zleceniodawcą. Miało to miejsce w okresie, kiedy jeszcze samodzielnie, jako obywatele polscy, nie mogliśmy prowadzić działalności zawodowej jako niezależne biura. W wielu konkursach Polacy odnosili sukcesy, jak chociażby w konkursie na operę w Madrycie, jednak nie dochodziło do ich realizacji, właściwie nigdy nie rozwijała się praktyczna działalność. Dzisiaj o wiele łatwiej jest wykazać, jakie są trudności i zalety działalności zagranicznej, ponieważ dzięki przynależności do Unii Europejskiej możemy być partnerami w przedsięwzięciach inwestycyjnych, teoretycznie mamy takie same szanse.

Tylko czy je wykorzystujemy, czy ktoś chce z naszych usług korzystać?

Inwestorzy na Zachodzie, zwłaszcza przy dużych obiektach, wymagają nadal pewnych zabezpieczeń prawnych, ubezpieczeń działalności danego biura. Myślę, że musimy jeszcze trochę poczekać zanim będziemy całkiem równoważnie traktowani przez inwestorów i będziemy mogli występować tam jako partnerzy dla dużych przedsięwzięć inwestycyjnych.

Czy w Polsce projektuje się trudniej?

Po doświadczeniach, które zdobyłem za granicą, muszę powiedzieć, że w Polsce projektuje się łatwiej. Wymagania i zakres odpowiedzialności są u nas znacznie mniejsze. Rola architekta i jego możliwość wpływania na jakość zdecydowanie są większe za granicą. To się bierze przede wszystkim z faktu, że w Polsce inwestor budynków użyteczności publicznej w większości przypadków nie jest przygotowany do tego, żeby być partnerem, nie traktuje emocjonalnie tej współpracy – jest to głównie przedsięwzięcie gospodarcze. Za granicą inwestorzy są o wiele bardziej świadomi, traktują architekta jak partnera, mają oczywiście swoje oczekiwania i wymagania, ale powierzają decydujący głos ludziom, którzy się na tym znają. I właśnie dzięki temu architektura tam jest o wiele lepsza, jest nadal dla nas wzorem.

Wykonał Pan projekt domu przyszłości. Czy pokusiłby się Pan o projekt biura przyszłości?

Oczywiście tak. Nie ukrywam, że pewne kroki zostały już w tym kierunku poczynione. Jestem na etapie prowadzenia bardzo trudnych rozmów z moimi partnerami od strony inwestorskiej. Uważam, że kwestia biura przyszłości, tak jak i domu przyszłości, jest niesłychanie ważną rzeczą. Biuro jest miejscem, które egzystuje i rozwija się w różnych kierunkach. Jego wygląd, forma, konstrukcja wpływa na kondycję psychiczną, a także fizyczno-zdrowotną pracowników. Moim zdaniem biuro przyszłości powinno mieć bardzo wysoko rozwinięty aspekt humanitarny, co opłaca się chociażby z punktu ekonomicznego pracodawcy. Podczas jednej z konferencji w Budapeszcie przedstawiono nam rezultaty zatrudnienia ludzi w biurach wielkoprzestrzennych, w biurach typu banki, czy obiekty handlowe. Okazuje się, że warunki pracy, które tam zostały stworzone prowadzą do chorób, co pociąga za sobą częste zwolnienia i leczenie. Przekłada się to na utratę zdrowia tych ludzi, ale też na wzrost kosztów prowadzenia firmy przez pracodawcę. Architektoniczna wizja przyszłości łączy się również z ochroną środowiska, ponieważ musi wykorzystywać dary, które daje nam natura, czyli światło słoneczne, naturalne wentylowanie. Wracając do Pani pytania, ja jestem bardzo zainteresowany tym, żeby stworzyć miejsce pracy przyszłości.

Dziś biurowiec często zajmuje większą przestrzeń niż hala produkcyjna. Co Pan myśli o polskim rynku biurowym? Czy istnieje u nas potrzeba budowania nowych potężnych budynków z przeznaczeniem na biura?

To zagadnienie jest trochę poza architektoniczną profesją. Myślę jednak, że na pewno jest w tym całym biznesie jakiś zdroworozsądkowy podział między wytwarzaniem materialnym a obsługą ekonomiczną, choć niewątpliwie praca biurowa może mieć też wpływ na to, ile hal produkcyjnych powstaje. Nie wyobrażam sobie, by można było żyć bez biur. Niektóre teorie mówią o przeniesieniu pracy biurowej do domu, jednak ja uważam, że rodzaj ludzki jest gatunkiem stadnym. My nie potrafmy żyć, nie potrafmy pracować w samotności. Wspólne działanie daje nam inny rozwój własnej osobowości. Profesor Jan Gehl, autorytet w dziedzinie tworzenia przestrzeni użyteczności publicznej, człowiek, który ożywił Kopenhagę, uważany za jednego z najwybitniejszych projektantów i konsultantów przestrzeni publicznej w sensie socjologicznym, w sensie programowym, udowodnił, że kontakt człowieka z człowiekiem, to przeżycie emocjonalne, które jest niezwykle ważne również dla rozwoju cywilizacyjnego.

Wysokość, przestrzeń, światło, technika, konstrukcja... Co tak naprawdę jest najważniejsze przy projektowaniu biurowców?

Oczywiście technika jest tu niebywale ważnym czynnikiem, który pozwala realizować śmielsze rozwiązania. Konstrukcja, wysokość to elementy, bez których budowla nie może istnieć. Jednak to przestrzeń i kreujące ją światło są najważniejsze, to one dają danej architekturze duszę. Jestem wielkim fanem światła dziennego, które jest czynnikiem funkcjonalnym, zdrowotnym, a także architektonicznym komponentem. Światło maluje architekturę. I choć nie można go dotknąć, jest doskonałym tworzywem. Świadomość kreowania architektury światłem powinna być mocno wpajana wszystkim studentom architektury.

Proszę opowiedzieć o instytucji Międzynarodowego Biennale Architektury w Krakowie, którego jest Pan twórcą.

idea narodziła się z potrzeby mojej, a także moich kolegów, zorganizowania jakiejś imprezy, która pokazałaby, że środowisko architektoniczne w Polsce istnieje. Chciałem, by stała się formą aktywności docierającą do normalnych śmiertelników, żeby każdy zrozumiał, że żyje w przestrzeni, którą kreuje ta grupa zawodowa. W środowisku krakowskim udało mi się stworzyć to biennale od zera, bez sponsorów, bez żadnego finansowego zaplecza. Inicjatywa została doskonale przyjęta i już druga edycja była wydarzeniem międzynarodowym. Udało nam się ściągnąć wielkie sławy architektoniczne ze świata. Była to impreza, która przetaczała się przez miasto i robiła wokół siebie dużo szumu. Wydaje mi się, że dziś zostało to trochę zaprzepaszczone. Choć mam nadzieję, że da się to jeszcze uratować.

Prowadzi Pan zajęcia w Krakowskiej Szkole Wyższej im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, a także na Wydziale Architektury Politechniki Białostockiej. Uczy Pan młodych ludzi akademizmu, dzieli się z nimi swoimi doświadczeniami. Czy dostaje Pan coś w zamian? Czy przebywanie z adeptami architektury jest inspirujące?

Podczas pracy ze studentami staram się dużo z nimi rozmawiać, chcę, by mieli szansę wypowiedzi, by oduczyli się tej bierności. Pozwalam im również na ocenę tego, co sam robię. Myślę, że jest to inspirujące dla obu stron. Mnie przede wszystkim daje możliwość ciągłego bilansowania własnej pracy.

Architekt, wydawca, wykładowca – która z tych dziedzin życia daje Panu największą satysfakcję?

Pochodzę z rodziny, w której prawie wszyscy byli nauczycielami, więc chyba tego dydaktycznego zamiłowania mam trochę w genach. Wielką przyjemność daje mi praca z młodzieżą, ale nigdy nie stawiałem tego ponad resztą. Podobnie jest z wydawaniem czasopisma. To bardzo ciekawe doświadczenie w moim życiu. Jednak najwięcej przyjemności i satysfakcji sprawia mi rozwiązywanie problemów architektonicznych.

Czym  nas Pan teraz zaskoczy, nad czym Pan obecnie pracuje?

Być może właśnie tym, co będziemy mogli nazwać biurem przyszłości. Budynek z naturalną wentylacją, dużą ilością zieleni i ciekawie kreującym ją światłem. Ważne w nim będzie także otoczenie, które również wpływa na jakość. Już od dłuższego czasu zajmuję się tym projektem, opracowałem już jego stronę architektoniczna i ideową, a teraz toczę boje z inwestorem, by przekonać go do tych rozwiązań.

Czy powstała już Pana najważniejsza realizacja, czy nadal Pan na nią czeka?

Nadal czekam. Być może niebawem uda mi się ją zrealizować…

Mimo, iż Pan Romuald Loegler zastrzega, że nie potrafi robić interesów, przy wyjściu z kawiarni bardzo szybko „znalazł” sponsora, który zaoferował, że zapłacić za naszą kawę. Po czym Pan Romuald skomentował: "Widzi Pani, tak właśnie szuka się inwestorów, by móc potem podjąć jakąś ciekawą inicjatywę architektoniczną."

Dr inż. arch. Romuald Loegler
Absolwent Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej. Od 1987 roku prowadzi samodzielną praktykę zawodową w biurze architektonicznym Atelier Loegler i Partnerzy w Krakowie. Twórca Międzynarodowego Biennale Architektury w Krakowie, a także miesięcznika poświęconego architekturze "Architektura & Biznes". Prowadzi zajęcia ze studentami na Wydziale Architektury Sztuk Pięknych w Krakowskiej Szkole Wyższej im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, a także na Wydziale Architektury na Politechnice Białostockiej.

Dodaj komentarz

Autor *
E-mail
Komentarz *
Dodaj 1 do 2 *