newsletter
Architekci i projektanci
wydarzenia
Orgatec
23 październik 2012 / Targi

Największe w europie targi mebli, akustyki, oświetlenia, techniki i wykładzin do biura

DSGN - Czarno na białym

Z architektami i właścicielami pracowni DSGN, Markiem Niewiadomskim i Andrzejem Szafranowiczem, rozmawia Maciej Markowski


Rozpoczynacie współpracę z klientem. Najgorszy scenariusz to…

M.N.: Klient nie wie, czego chce. Żąda kilku koncepcji, tak jakby nie miał zaufania do architekta, którego przecież wybrał, a później próbuje te trzy koncepcje skleić w jedną. Gotowy przepis na porażkę.

A.S.: Tymczasem my, myśląc o projekcie, analizujemy różne możliwości. Później, drogą eliminacji dochodzimy do najlepszego rozwiązania dla danego wnętrza i inwestora.

M.N.: Znajdujemy rozwiązanie optymalne – ze względu na jego funkcje, wykorzystanie światła, kolory, wizerunek klienta, możliwości aranżacji itd. Odcinamy ślepe ścieżki.

A.S.: Mając najlepsze rozwiązanie, jak mamy stworzyć jeszcze dwie inne koncepcje?

M.N.: Nie umiemy czytać w myślach. Im więcej inwestor opowie nam o celach, tym lepszy będzie nasz projekt. Jesteśmy przecież firmą usługową. Chcemy tworzyć rzeczy użyteczne, a nie stawiać sobie pomniki.

 

Musielibyście przedstawić najlepszą propozycję i dwie gorsze?

A.S.: Właśnie. Nazywamy to psuciem projektu.

M.N.: To się też wiąże ze zdobytym doświadczeniem. Kiedy zaczynałem pracę w zawodzie, na jedno wnętrze miałem 15 pomysłów. Teraz dużo szybciej zmierzamy we właściwym kierunku. Kiedy mówimy „to jest to”, wiemy, że jest to najlepsze rozwiązanie.

A.S.: W naszych projektach eliminujemy przypadkowość. Wszystkie elementy, którymi dysponujemy – kolory, materiały, faktury, oświetlenie, proporcje, miejsca zamknięte i otwarte, szkło vs. Ściana – zostały użyte w jakimś celu i z jakiegoś powodu. Dlatego trudno nam później tworzyć kolejne koncepcje, kiedy już stworzyliśmy to, co według nas najwłaściwsze.

M.N.: To jak z tworzeniem muzyki do filmu. Kiedy kompozytor przeczyta scenariusz, wczuje się w atmosferę i stworzy odpowiednią muzykę, trudno mu będzie napisać coś innego.

A.S.: Choć pięciu kompozytorów stworzyłoby pięć różnych dzieł.

M.N.: Uważam, że relacje między architektem a inwestorem byłyby prostsze, gdyby wybierało się architekta nie tylko pod kątem ceny, lecz również podejścia do projektowania i stylistyki. My zrobiliśmy już wiele projektów i wiadomo, w jakim stylu projektujemy: prosto, proporcjonalnie i harmonijnie. Tego można od nas oczekiwać. Nie bardzo czujemy wnętrza pełne przepychu.

A.S.: Dużym błędem jest wybranie architekta, a potem próba narzucenia mu własnej stylistyki, która jest mu obca. Każdy z nas ma inny gust, styl. Ktoś z takiej współpracy będzie niezadowolony.

M.N.: Bardzo się cieszę, że są architekci tworzący bardzo różny design: od maksimum koloru i kształtu, aż po klasyczne formy i stonowane barwy. Inwestor może wybrać to, co jest mu bliskie. Jeśli chodzi o design, nie ma jednego słusznego wzoru na biuro!

A.S.: Musi być spójne z wizerunkiem klienta.

 

Dużo mówicie o relacjach z inwestorami. Jak one wyglądają po zakończeniu projektu?

M.N.: W momencie zamknięcia realizacji współpraca inwestora z architektem nie powinna się kończyć. Dla klienta powinna być bardzo ważna późniejsza obsługa.

A.S.: Zakładamy, że współpraca z klientem ma trzy etapy: projekt, realizacja i eksploatacja. To pewien proces, w którym powinniśmy uczestniczyć – chodzi przecież o zapewnienie bezpieczeństwa klientowi, powinien móc liczyć na nasze wsparcie. Biura naprawdę są żywymi organizmami. Nieustannie się przeobrażają. W trzecim etapie architekt dostosowuje biuro do zmieniających się wymagań, a jednocześnie czuwa nad tym, by nie stracić wartości zawartych w pierwotnym projekcie.

M.N.: Z reguły nasi klienci wynajmują konkretną powierzchnię, na przykład na siedem lat. Projektując ją, bierzemy pod uwagę, że z upływem czasu biuro będzie się zmieniać. Niektóre działy się powiększą, inne zmniejszą, może powstaną nowe… Tak samo będzie z zapotrzebowaniem na sale konferencyjne czy inne funkcje. Dbamy o to, by wprowadzenie zmian było łatwe i nieinwazyjne. Projektujemy biura, które będą dobrze wyglądały nawet za siedem lat. Choćby samo stosowanie sprawdzonych materiałów dobrej jakości, które będą się szlachetnie starzeć, ma znaczenie.

A.S.: O tym też trzeba pamiętać, projektując biuro. My stawiamy na ponadczasowość.

 

Wszystko, o czym mówicie, wskazuje na duże doświadczenie w projektowaniu biur. Zajmujecie się wyłącznie biurami i przestrzeniami komercyjnymi. Skąd taka decyzja?

M.N.: Po studiach pracowałem w pracowni architektonicznej, gdzie miałem do czynienia z projektami budowlanymi. Nie odpowiadało mi to, że myślało się głównie o bryle budynku, a prawie wcale o jego wnętrzu. Zainteresowałem się wnętrzami przy okazji jednego z projektów. Okazało się, że to coś do ogarnięcia w czasie 3–5 miesięcy, a nie roku, półtora. Jestem głodny wymyślania, a w projektowaniu budynków część projektowa jest bardzo krótka, a potem zaczynają się sprawy ekonomiczne i papierkowe. W projektowaniu wnętrz można poszaleć, pobawić się, powymyślać…

A.S.: Budynki to taka galeria, którą zwiedzamy, idąc ulicą. Podobają się albo nie. Wnętrza stanowią bezpośrednie otoczenie człowieka. Projektując je, myślimy oczywiście o wizerunku inwestora, ale też o tym, jak będą się w nich czuli użytkownicy. Wiadomo, że inną atmosferę trzeba stworzyć dla działu kreacji, a inną dla księgowości. Ważne jest projektowanie dla konkretnego użytkownika. Ludzie kupujący mieszkanie często od razu wyburzają ściany, bo mieszkanie zostało zaprojektowane dla kogoś innego, a oni chcą je dostosować do siebie.

 

Wy też zajmujecie się takim wyburzaniem ścian, żeby dostosować przestrzeń do klienta – mam tu na myśli wasze projekty optymalizacji.

A.S.: Optymalizacja związana jest właśnie z tym, że biuro jest organizmem żywym. Jest projektowane na dany czas, potem ulega zmianie. Po jakimś czasie struktura jest tak odmienna od pierwotnej, że trzeba ją dostosować do wymagań inwestora – bieżących i przyszłych.

M.N.: Należy jednak pamiętać o równowadze pomiędzy ekonomią i komfortem pracy, który ma wpływ na wydajność. Ludzi można ściskać jak sardynki, ale nikt nie chce tak pracować, a my nie chcemy tak projektować. Nie można zaburzyć tej równowagi.

 

A zdarzają się odwrotne sytuacje? Ukryte pokłady możliwości?

M.N.: Tak, zdecydowanie!

A.S.: Na tym właśnie polega optymalizacja. Sprawdzamy, czy przestrzeń jest wykorzystana w najlepszy możliwy sposób. Nieraz klient ma pewne rezerwy, których nie jest świadomy. Wielokrotnie wskazywaliśmy, gdzie tkwią te pokłady.

 

Zdarzają się klienci, którzy chcą zmian tylko w jednym dziale?

A.S.: Tak, ale to nie zawsze jest dobry pomysł. Biuro to naczynia połączone. Zmieniając jeden obszar, wpływamy na pozostałe.

M.N.: Może być tak, że konkretny dział wymaga szybkiego powiększenia, np. o 15 osób. Menadżer dostaje zgodę od dyrekcji i wzywa się architekta do organizacji tego działu, ale trzeba wtedy wpłynąć na resztę biura. Musimy przeanalizować układ budynku, przemyśleć, gdzie lokować gabinety, a gdzie pomieszczenia niewymagające światła… Cały czas trzeba też kontrolować sprawy bezpieczeństwa pożarowego, BHP, itd.

 

Jakie błędy najczęściej dostrzegacie w biurach?

M.N.: Staramy się nie krytykować pracy innych. Zakładamy, że w czasie kiedy biuro było projektowane, istniały przesłanki do danego typu rozwiązań. Łatwo oceniać coś negatywnie, nie znając kontekstu, uwarunkowań finansowych czy technicznych.

A.S.: Mamy duży szacunek dla pracy innych. Wchodząc do danej przestrzeni, nie koncentrujemy się na jej wadach, ale na tym, jak można ją lepiej wykorzystać.

 

To spytam odwrotnie. Widzieliście ostatnio projekt biura, który zrobił na was wrażenie?

(cisza)

 

Nie!?

A.S.: (śmiech)

M.N.: Widziałem ostatnio ciekawe biuro w Bazylei dla farmaceutycznej firmy Novartis.

A.S.: Bardzo domowy open space. Lampy wolnostojące…

M.N.: Zastosowanie materiału, detali… Wrażenie było takie, jakbyśmy weszli do starej apteki, ale zaprojektowanej w nowoczesny sposób. Od razu było wiadomo, że patrzymy na firmę farmaceutyczną z tradycjami. Podobało nam się, że był w tym wszystkim pomysł. Nie postawiono na efekt, ale na wydobycie tego, czym się ta firma zajmuje. Lubię modernizm i dla mnie forma wynika z funkcji. To co ważne, powinno być umieszczone w formie akcentu, a wszystko inne ma być sceną. Nie przepadam za projektami, gdzie dużo się dzieje – na suficie, na podłodze, na ścianie… Chyba że za tym stoi jakiś powód.

 

Widzę, że dobraliście się w kwestii gustu. Jak to się stało, że zaczęliście razem pracować?

M.N.: Wcześniej pracowałem w różnych spółkach, a Andrzej działał w Gdańsku. Spotkaliśmy się przypadkiem. Powiedziałem mu, że chcę już teraz pracować sam, a on, że to musi poczekać, bo teraz będę pracował z nim!

A.S.: Znaliśmy się już dużo wcześniej, pomagałem Markowi przy pracy dyplomowej. Dobrze nam się razem pracowało i stąd ten pomysł.

 

Jak scharakteryzowalibyście waszą codzienną współpracę?

A.S.: Powiedziałbym, że się ścieramy. Tak jak ważny jest dialog z inwestorem, tak samo my musimy rozmawiać. Często ostro, ale to zawsze jest rozmowa konstruktywna i efekty są pozytywne.

M.N.: To że wspólnie decydujemy, jak wyglądają nasze projekty, podnosi ich jakość. Każdy przechodzi przez pierwsze sito krytyki wewnątrz firmy. Szukamy dziury w całym, a kiedy już nie można znaleźć minusów, wtedy wiemy, że to właściwy kierunek. Projekty każdego z nas wyglądałyby inaczej bez tego drugiego spojrzenia.

A.S.: Zasada jest taka, że każdy z nas i naszych pracowników ma obowiązek obronić swój projekt przed innymi. Dobry pomysł to fundament projektu.

M.N.: Nie może być tak, że wyginam ścianę w łuk i nie wiem dlaczego. Szkicując, trzeba zacząć od fundamentów, od ogółu i powoli nasycać projekt treścią. Nie można zacząć od szczegółu.

 

Rozumiem, że najczęściej każdy z was zajmuje się własnymi projektami, a druga osoba działa jako konstruktywny…

A.S.: …krytykujący. (śmiech) Tak.

M.N.: Niby obaj jesteśmy koziorożcami. Ja z końca grudnia, on ze stycznia, ale kompletnie różni. Nawet wizytówki mamy dwustronne – jedna czarna, druga biała – bo każdemu podobały się inne. Każdego z nas interesują inne etapy: ja lubię tworzyć, ale nie starcza mi sił, żeby kończyć, a Andrzej lubi, jak coś już powstaje.

A.S.: Ale obaj lubimy być obecni podczas całego procesu projektowego. Nawet jeżeli jest to temat prowadzony przez Marka, to gdyby musiał się z tego wyłączyć, ja jestem w stanie to przejąć i wiem, o co chodzi. W ten sposób zapewniamy inwestorowi bezpieczeństwo.

 

A jak wygląda sam proces generowania pomysłów?

M.N.: Jakieś 20% czasu poświęcamy na rysowanie, a 80% zajmuje myślenie o projekcie. Okazuje się, że można większość rzeczy sobie wyobrazić. Andrzej na tyle mnie już rozumie, wystarczy mu szkic, dosłownie pięć kresek i on dokładnie wie, o co mi chodzi. Gdy już wiemy, jak projekt wygląda, Andrzej przejmuje pałeczkę i prowadzi do bardziej technicznych rozwiązań.

A.S.: Dobrze przemyślane projekty dużo łatwiej obronić przed inwestorem. A zwłaszcza takie, które poddano już krytyce w naszej pracowni. Mamy pewność, że zostały przeanalizowane z każdej strony. I tyle.

Dodaj komentarz

Autor *
E-mail
Komentarz *
Dodaj 3 do 3 *