newsletter
Architekci i projektanci
wydarzenia
Orgatec
23 październik 2012 / Targi

Największe w europie targi mebli, akustyki, oświetlenia, techniki i wykładzin do biura

Krzesło z mostu - rozmowa z Yves’em Beharem

Herman Miller wprowadził pierwsze krzesło oparte na ramach, a teraz Yves Behar stworzył dla tej firmy pierwsze krzesło bez ramy. Z francuskim projektantem rozmawia Maciej Markowski

Jak raczkowałeś w świecie designu?

Yves Behar: Najpierw, jako dziecko, raczkowałem po domu. Pamiętam, że wszędzie były tureckie dywany wypełnione scenami miłości, walki, potworami… Zrozumiałem wtedy, że przedmioty mogą mieć głębię, mogą opowiadać historie. Później, jako nastolatek, postanowiłem połączyć swoje dwie pasje: narciarstwo i windsurfing. Zespawałem jedno z drugim, tworząc dość dziwaczny przedmiot, który umożliwił mi śmiganie po oblodzonym jeziorze. Działał zaskakująco dobrze, ale musiał być niesamowicie niebezpieczny. Pamiętam, że dużo wysiłku włożyłem w estetykę projektu: pomalowałem moją nartodeskę na czarno i żółto… Można powiedzieć, że był to pierwszy udany projekt. Zrozumiałem, że muszę pójść do szkoły designu. Ukończyłem ją na początku lat 90., w czasie rewolucji w Dolinie Krzemowej – chciałem być jej częścią! Dostałem pracę w firmie konsultingowej i… zacząłem zadawać niewygodne pytania. Byłem tym młodym chłopakiem z tylnego rzędu, który podnosił rękę i pytał: „Do czego właściwie służy przycisk NumLock? Czy ktoś go w ogóle używa?” Ciężko na to reagowali… Nie mieli ochoty nic zmieniać. Oczekiwali, że my, designerzy, ubierzemy stare rzeczy w nowe „ubranka”, a oni nic nie będą musieli zmieniać. To nie było dla mnie, nie chciałem być kimś, kto tylko koloruje przedmioty.
 
I wtedy założyłeś firmę Fuse Project w San Francisco.

Y.B.: Dokładnie. Chciałem zajmować się całością produktu. Zaczęliśmy dość skromnie, szukaliśmy obszaru dla siebie, próbowaliśmy zastosować technologię w nowy sposób. Stworzyliśmy np. zegarek dla Mini Coopera, który wyświetla czas w różne strony w zależności od ułożenia w przestrzeni. Później zaczęliśmy tworzyć inne przedmioty, wszędzie szukając nowej funkcjonalności.
 
Bardzo podoba mi się stolik kawowy, który można złożyć na płasko.

Y.B.: Tak, to właśnie przykład tego, o czym mówię. To rozwiązanie bardzo ułatwia transport. Poza tym można używać go też jako stołka.
 
Ale robiliście też bardziej „designerskie” przedmioty, jak zmieniająca kształty lampa dla Swarovskiego.

Y.B.: W tym projekcie chcieliśmy stworzyć nowe doświadczenie światła. Podobnie jak w przypadku lampy ledowej Leaf, tworzonej dla Hermana Millera, musieliśmy zaprojektować nowy typ żarówki, aby użytkownik mógł intuicyjnie zmieniać kolor, ciepło i natężenie światła.
 
Jaka jest według ciebie funkcja designu, poza tworzeniem użyteczności?

Y.B.: Design ma nieść ze sobą wartość zarówno dla firmy, która produkuje przedmiot, jak i dla użytkownika. Ma wyciągnąć jak najwięcej z użytych materiałów. Może też wyrażać wartości użytkowników i firmy: ekologiczność, piękno, wspomniana już użyteczność… To klej, który spaja te elementy. Uwielbiam cytat, niestety nie wiem kto jest jego autorem: „Reklama to cena, jaką firmy płacą za brak oryginalności”.
 
Podoba mi się ten cytat. Ostatnio zajmowałeś się projektem krzesła dla Hermana Millera. Czy ta firma tworzy oryginalne produkty? Jak współpracowało ci się z tą firmą?

Y.B.: Herman Miller ma bardzo wyjątkowy związek ze swoimi designerami. Wydaje mi się, że to właśnie ta forma współpracy odpowiada za fakt, że z jej taśm produkcyjnych zeszły najbardziej klasyczne fotele XX wieku, zaprojektowane przez Eamesów, Nelsona, czy krzesło Aeron. Ten sam proces staraliśmy się powtórzyć i teraz, pracując nad nowym fotelem.
 
Jak wygląda ten proces? Czym się różni od poprzednich?

Jack Schreur: Tym razem fotel będzie miał jedną premierę na całym świecie. W tym samym czasie ukaże się na wszystkich rynkach – w ofercie hurtowej skierowanej do korporacji i w detalicznej sprzedaży. Z reguły to przejście zajmuje od sześciu do dwunastu miesięcy. Będzie to najbardziej przystępny cenowo produkt naszej firmy, chcemy trafić w nowy segment rynku.
Y.B.: Jak wiecie, Herman Miller jest liderem na rynku najwyższej klasy siedzisk i za pomocą nowego produktu wkroczy w inny niż do tej pory obszar rynku. Można to porównać do BMW i jego mniejszych samochodów czy Smarta produkowanego przez Mercedesa – to produkty o bardzo wysokiej jakości, jednak o niższej cenie, niż typowe dla tych marek. Nie znaczy to jednak, że nakłady na to krzesło są mniejsze. Większość niedrogich krzeseł znajdujących się na rynku jest tworzonych z istniejących już części, są dość przypadkowym tworem. Dla nas ważne było stworzenie nowego, w pełni spójnego produktu charakteryzującego się jakością wykonania i projektu, typowymi dla Hermana Millera. Stworzyliśmy więc to krzesło od podstaw.
 

Co cię inspirowało?

Y.B.: Miałem dwa podstawowe źródła inspiracji. Pierwsze – to może nawet bardziej idea – pochodzi z mojej obserwacji istniejących produktów i ludzkich aspiracji. Wszyscy mają już dość życia w „pudełku”, wykonywania rutynowej pracy… Chcemy się wyzwolić z ram. I stąd właśnie pomysł na rezygnację z ramy w naszym nowym fotelu! Typowy fotel to rama, warstwa gąbki i materiał – ta forma zawsze się powtarza. Stąd też zaczęliśmy się zastanawiać, jak stworzyć konstrukcję, która pozwoli odejść od tego modelu. Rozważaliśmy różne inżynieryjne rozwiązania, aż wreszcie wpadliśmy na pomysł użycia technologii stosowanej przy budowie mostów – to była nasza druga inspiracja. Wiszący most, którego konstrukcja opiera się na słupach i kablach. Zaczęliśmy się zastanawiać, co się stanie, jeżeli „zawiesimy” oparcie fotela. Przeszliśmy przez długą fazę eksperymentowania, aż wreszcie doszliśmy do wniosku, że jest to możliwe. Wystarczyło oprzeć konstrukcję na dwóch punktach, tak by wesprzeć ciężar opierającej się osoby. Dodatkowo użyliśmy łuków zamiast linii prostych, które wzmocniły konstrukcję. W rezultacie stworzyliśmy pierwszy w historii fotel nie wymagający ramy. Sporządziliśmy ponad tysiąc szkiców, powoli dopasowując design do struktury. Udało nam się osiągnąć bardzo dynamiczną, przypominającą wiszący most konstrukcję. Jest to pierwsze tego rodzaju krzesło, więc podobnie jak w przypadku Aerona, będziemy rejestrować wiele patentów. Co zabawne, to Herman Miller wprowadził pierwsze krzesło oparte na ramach, a teraz tworzymy dla nich pierwsze krzesło bez tego rozwiązania.
 
Czy ta konstrukcja niesie ze sobą korzyści dla użytkownika?

Y.B.: Tak. Dzięki temu, że nie potrzebujemy ramy, cała konstrukcja nie ma twardych krawędzi. Dzięki temu możesz dowolnie się przemieszczać na krześle i nigdy nie trafisz na niewygodną pozycję, nic nie będzie cię uwierać. Co więcej, użyta przez nas siatka charakteryzuje się „inteligencją 3D” – idealnie dopasowuje się do pleców użytkownika. Dzięki temu, że używamy technologii wstrzykiwania tworzywa sztucznego, możliwe jest stworzenie punktów oparcia w różnych miejscach siatki – nie jest to jednorodna konstrukcja. Nie sposób osiągnąć tego za pomocą ramy, materiału i gąbki – te materiały zachowują się tak samo w każdym miejscu konstrukcji. Nasza siatka złożona jest z grubszych i cieńszych linii, dzięki czemu zapewnia idealne oparcie i jest niezwykle mocna (przy zachowaniu właściwości wytrzymuje nacisk do 50 kg). Punkty podparcia umieściliśmy w odcinku krzyżowym i piersiowym kręgosłupa, a siatka w okolicach ramion i po bokach jest dużo elastyczniejsza, dzięki czemu łączymy komfort ze zdrową pozycją ciała. Wypuścimy też na rynek fotele z gąbką i z twardym plastikiem, jako krzesła dopełniające kolekcję.
 
Jak ten materiał nadaje się do celów designerskich?


Y.B.: Wbrew pozorom nie jest przeszkodą. Wstrzykiwany plastik można zabarwić na dowolny kolor, podczas gdy tradycyjne materiały mają w tej kwestii znaczne ograniczenia. Zmiana koloru jest na tyle tania, że przy średniej wielkości zamówienia możemy stworzyć krzesła w dowolnej kolorystyce. Podobała nam się siła tkwiąca w tej naśladującej most strukturze. Udało nam się zachować dużo zdecydowanych, prostych linii w projekcie. Chcieliśmy stworzyć trochę mniejsze krzesło, bardziej dostosowane do europejskiej czy azjatyckiej skali i wrażliwości. To nie tył krzesła miał przyciągać uwagę. Woleliśmy zadbać o eleganckie wykończenie i ładne detale. Jest to zresztą element, którym absolutnie przebijamy wszystkie krzesła w tej grupie cenowej – wykończenie i celowe zaplanowanie każdego elementu.
J.S.: Większość tanich krzeseł jest złożona z nie do końca dopasowanych elementów. W naszej firmie nazywamy je krzesłami Frankensteina.
 
Co sprawiało ci największą radość w tym projekcie?

Y.B.: Podobała mi się duża wolność, jaką dostałem od firmy. Ekscytowała mnie szansa stworzenia czegoś zupełnie innowatorskiego. Podobało mi się wyzwanie stworzenia takiej konstrukcji, która przy raptem dwóch punktach zaczepienia stworzy pełne i dobrze dopasowane podparcie dla pleców. Myślę, że stworzyliśmy coś niezwykłego przy użyciu ograniczonych środków, osiągając w efekcie bardzo przystępną cenę. Dzięki temu krzesło to będzie też bardzo ekologiczne – niewiele elementów plus łatwe w produkcji składniki zapewnią zarówno możliwość ponownego ich wykorzystania, jak i mniejszą konieczność transportowania produktu na duże odległości. Zresztą Herman Miller był pierwszą firmą w branży, która kierowała się tego typu kryteriami już w latach 50.
J.S.: Lubimy pracować z takimi designerami jak Yves, bo projektują w sposób niezwykle twórczy. Nie wrzucają danych do komputera, który wypluwa gotowy projekt. Ma tu miejsce prawdziwa interakcja, daje się odczuć ludzki pierwiastek.
Y.B.: To prawda, to był długi proces, podczas, którego powstały dziesiątki szkiców. Możemy tu mówić o pewnego rodzaju pracy intuicji, która odbywała się poprzez fizyczne wykonywanie rysunków. Oczywiście szybko przenosimy proces projektowania na komputer, ale ten pierwszy etap jest niezwykle ważny. Często przenosimy się tam i z powrotem z ekranu na kartkę. Myślę, że w pewnym momencie mieliśmy około 40 wersji tego krzesła.


To chyba konieczna strategia w przypadku projektowania krzesła?

J.S.: Tak. W przeciwieństwie do mostu, który projektuje się raz, ogląda na monitorze, a potem ludzie korzystają z dzieła, krzesło trzeba wiele razy udoskonalać. Element interakcji człowieka z meblem i konieczność zadbania o wygodę czynią z tego o wiele bardziej złożony, osobisty proces. Musimy je tworzyć, a potem testować, poprawiać i tworzyć na nowo. Być może w tym projekcie było to jeszcze lepiej widoczne, bo musieliśmy bardzo pilnować ceny. Fotel ten kosztuję połowę tego co Aeron. Osiągnęliśmy to usuwając część elementów, co było możliwe tylko dzięki niezwykłej konstrukcji.
Y.B.: To dla mnie bardzo ważny aspekt. Dzięki użyciu pojedynczej części, jednego materiału do stworzenia oparcia, oszczędzamy na montażu i materiałach. Nie staramy się schować konstrukcji, jak robią to inni projektanci. Usuwamy wszystko, co można, zachowując właściwości użytkowe. Podobnie tworzymy pustą podstawę. Przez ostatnie 15 lat odkryto wiele nowych materiałów, trzeba z tego korzystać. Myślę, że to wielkie wyzwanie dla designerów XXI wieku – musimy tworzyć wspaniały design, tak by był on dostępny dla jak największej liczby ludzi, by był dobrej jakości, ekologiczny i trwały. Trzeba skończyć z podejściem: tanie krzesło równa się małe inwestycje. Musimy inwestować w stworzenie krzesła, by móc wymyślić sposób na osiągnięcie jego niskiej ceny. Tym samym kierowałem się, tworząc laptop za 100 dolarów. Bez najwyższej jakości technologii i wspaniale zaprojektowanego procesu produkcji nigdy nie udałoby się tak bardzo obciąć kosztów.
J.S.: Chcieliśmy stworzyć krzesło o niespotykanej w tym obszarze cenowym jakości. Stworzyliśmy prawie 30 prototypów samego oparcia krzesła…
Y.B.: Tworzymy własne części i proces produkcji. To nie jest krzesło-składak. Udało nam się skonstruować całą podstawę krzesła z jednej części. Pomyśl, jaki to ma wpływ na łatwość ponownego wykorzystania elementów!
 
Słyszałem, że Roy i Charles Eames byli dla ciebie wielkimi inspiracjami.

Y.B.: Tak, to prawda. Nawet projektując to krzesło, kierowałem się ich wskazówką: „Projektuj najlepsze, dla największej ilości osób, najtaniej”. Tym kieruję się przy wszystkich moich projektach. Zapisałem sobie ten cytat na pierwszej stronie szkicownika.
 
Ciekaw jestem, czy fakt projektowania krzesła dla firmy, dla której pracowali twoi bohaterowie, był inspirujący, czy raczej powodował większą presję?

Y.B.: Myślę, że presja i inspiracja są ze sobą bardzo ściśle związane (śmiech). Ale to prawda. W moich pierwszych dniach pracy dla Hermana Millera, kiedy pracowałem nad lampą Leaf, czułem, dla jakiej marki pracuję. Zresztą w firmie co rusz natykamy się na jej historię, dziedzictwo jest mocną częścią ich kultury. Gdy już wybiorą cię do współpracy, chcą mieć pewność, że staniesz się częścią tej historii. To firma, która może właściwie zatrudnić dowolnego projektanta, więc chcą, aby jego praca przystawała do jej tradycji. Myślę, że osiągnęliśmy to w naszej współpracy. Herman Miller namówił mnie nawet na czasowe zamieszkanie w chatce Eamesa, która znajduje się niedaleko siedziby firmy. Presja więc istnieje, ale pomaga wznieść się na wyżyny.
J.S.: Myślę, że udało nam się nawiązać niezwykłą współpracę. Yves jest wspaniałym projektantem, prawdopodobnie wiodącym w dziedzinie innowacji materiałowej. A to długa tradycja w naszej firmie. Roy i Charles w latach 40. i 50., używając sklejki do produkcji mebli, dokonywali tego typu innowacji. Dziś to klasyka, ale wtedy było to rewolucyjne. Myślę, że to samo stanie się z tym krzesłem.
 
Powiedziałeś kiedyś, że każdy przedmiot musi opowiadać historię. Jaką historię opowiada zaprojektowane przez ciebie nowe krzesło?

Y.B.: Myślę, że historia tkwi w tym, jak powstawał pomysł na nie, w naszym spojrzeniu, łączeniu inspiracji. Idea tego krzesła wywodzi się od mostu, nie tylko konstrukcyjnie, ale i metaforycznie, jako czegoś co przenosi w inne miejsce, łączy dwa brzegi. Idea braku ramy symbolizuje niejako życie wolne od ograniczeń, a do tego przecież dąży dziś wielu ludzi – chcemy wyrwać się z okowów pracy i poruszać się po nowych ścieżkach.
 
Co myślisz o Aeronie, którego następcą być może zostanie nowy fotel?

Y.B.: Podziwiam to krzesło. W naszym biurze w San Francisco wszyscy siedzimy na Aeronach. Mamy ich 40. Według mnie był siedziskiem, które redefiniowało całą dziedzinę krzeseł biurowych. Niezwykle rewolucyjne w konstrukcji i biomorficznej estetyce. Czy podobało ci się, czy nie, trudno było je zignorować. To połączenie innowacji funkcjonalnej i estetycznej było czymś wyjątkowym. Aeron to klasyk. Mimo iż istnieje zaledwie od 15 lat, myślę, że swobodnie można go tak określić.
 
Jakie były największe wyzwania w tworzeniu tego krzesła?

Y.B.: Wszystkie były wielkie! (śmiech) Naprawdę stawiliśmy czoła wielu wyzwaniom, zwłaszcza konstrukcyjnym. Jeżeli jednak miałbym coś wskazać, to byłby to początek pracy. Postawiliśmy sobie cel niedrogiego, wysokiej jakości krzesła i… nie wiedzieliśmy, jak to zrobić. Mieliśmy cel i pustą kartkę przed oczami. W pewnym sensie jestem zaskoczony faktem, że rozmawiamy! (śmiech) Zwłaszcza na początku niektórzy oceniali nasze pomysły sceptycznie. Wciąż musieliśmy iść pod prąd. Ludzie powtarzali, że cały czas robiono krzesła inaczej, a my musimy być „głupi”, nie zdając sobie z tego sprawy, porywając się na coś niemożliwego i tracąc czas. Gdy zaczynasz, nie ma nic. Są intencje i słowa. Powoli usuwasz wątpliwości. Najpierw 10%, potem 20%, aż wreszcie przychodzi moment, gdy krzesło… istnieje.
 
Zaskakuje mnie fakt, że udało ci się przekonać wartą miliardy firmę, robiącą meble „od zawsze”, do nowego spojrzenia. Firma taka jak Herman Miller musi być przekonana, że zna wszystkie odpowiedzi, jeśli chodzi o krzesła. Czy ten projekt wymagał od ciebie wyjątkowego uporu i siły?

Y.B.: Myślę, że Herman Miller to innowacyjna firma, otwarta na nowe pomysły. Chociaż oczywiście musiałem walczyć, żeby wypchnąć ich ze „sfery komfortu”, ale to normalne. Ciężko odejść od modelu najlepiej sprzedającego się w historii biurowego fotela, jakim był Aeron – to zrozumiałe. Myślę, że jako „wewnętrzny” projektant nie miałbym szans na przeforsowanie takiego pomysłu. Sukces tej firmy opiera się być może właśnie na tym, że zatrudnia zewnętrznych projektantów, niejako zapraszając innowację. Jednak nadal nie było łatwo. Pamiętam, gdy pierwszy raz rozmawialiśmy o oparciu powiedzieli mi: Wiemy jak robić najlepsze oparcia. Odparłem, że wierzę w to, ale powiedziałem też, że nie wiedzą, jak zrobić takie oparcie, jakie ja mam na myśli. Niezbyt im się to spodobało (śmiech).
 
Rozmawiał: Maciej Markowski

Dodaj komentarz

Autor *
E-mail
Komentarz *
Dodaj 2 do 1 *