Wywiad z właścicielami pracowni Bulanda Mucha Architekci: Andrzejem Bulandą i Włodzimierzem Muchą, dotyczący ich wyborów życiowych, metod działania oraz planów na przyszłośćRozmawiała: Izabela Kamińska
Czy potraficie panowie podać definicję „dobrej architektury”?Włodzimierz Mucha: Stworzenie prostej i jednoznacznej definicji „dobrej architektury” jest niewykonalne; podobnie zresztą jak pięknej czy szpetnej. Rozważając tę kwestię, nie możemy brać pod uwagę tylko budynków wybitnych – coś zupełnie prostego, niezauważalnego potrafi czasem nie mniej zachwycić. Szeregowanie budowli pod względem formy, funkcji, użytych materiałów i czasu powstania też nie wnosi tu nic nowego. Aby architektura mogła jednak aspirować do miana tej właściwej, z pewnością musi być osadzona w kontekście miejsca. Nawet najciekawsze obiekty wymagają poprawnego wpisania w przestrzeń. Dopiero wtedy przy pomocy naszych prywatnych odczuć możemy dokonać oceny, choć i tak będzie to przede wszystkim subiektywna kwalifikacja, podyktowana przez nasze emocje i własne wartości.
Andrzej Bulanda: Powstało wiele definicji piękna, jakości, komfortu… Moim zdaniem dobra architektura to ta prosta, funkcjonalna, przyjazna człowiekowi i miejscu – musi się na nią po prostu dobrze patrzeć. Oczywiście jest to bardzo szerokie pojęcie, które zależy od tego, kto patrzy, z jakiej perspektywy, na co zwraca uwagę i jak ma wyrobione oko. Drugą kategorią jest nieprzemijalność – budynki nie powinny się starzeć. Dobrą architekturę świadomie stawiam w opozycji do tej modnej, która jest produktem poszukiwanym i podziwianym w danym momencie, jednak często jej jakość jest pozorna lub ulotna.
Czy kryteria postrzegania architektury zmieniły się wraz z upływem czasu i z nabywaniem nowych doświadczeń?A.B.: Na ewolucję naszych poglądów nakładają się trzy podstawowe zjawiska: rozwój indywidualny, zdobywanie doświadczeń zawodowych, pojawianie się nowych technologii materiałowych czy lansowanych i modnych estetyk, którym podświadomie ulegamy. To naturalne, że doświadczony architekt zupełnie inaczej postrzega otaczający go świat, ponieważ zawodowa aktywność i możliwość mierzenia się z różnymi wyzwaniami dają możliwość porównywania, próbowania, wybierania słusznych rozwiązań i najlepszej drogi. W przypadku naszego pokolenia zasadnicze znaczenie ma też moment otwarcia się Polski na świat.
W.M.: Tuż po ukończeniu studiów wydawało nam się, że prawdziwą architekturę tworzą wielkie, zauważalne i uderzeniowe obiekty. Liczyliśmy, że los da nam szansę realizacji architektonicznych ambicji poprzez projektowanie właśnie takich obiektów. Późniejsza praca zmieniła zupełnie naszą percepcję architektury i świata w ogóle. Okazało się, że projekty tworzone na uczelni, były przede wszystkim szukaniem sposobu na uwolnienie pomysłu, pewnej kreacji, natomiast prawdziwa, „dobra” architektura to o wiele bardziej skomplikowany i dłuższy proces, który w dodatku nie może istnieć tylko na papierze, w postaci komputerowego pliku czy makiety. Projekty są początkiem – to realizacja jest finałem podlegającym prawdziwej ocenie.
Czy to zderzenie z rzeczywistością było ciosem?A.B.: Zderzenie z rzeczywistością zawsze pozostawia ślad. Miejsce czystej idei zajmują brutalne realia. Sztuka jest jednak odnalezieniem się w niej na przekór wszystkim nonsensom i trudnościom, trzeba umieć bronić swoich racji – czasami podstępem, sprytem, nawet na granicy prawa, jednak z wiarą w słuszność własnej wizji. Kompromisy zawsze kończą się ze szkodą dla idei, o ile oczywiście się ją ma.
W.M.: Wręcz przeciwnie. Właśnie ta sposobność budowania naprawdę, projektowania po to, żeby realizować, w konkretnych warunkach, dla konkretnych klientów, sprawiła, że zyskało to na wartości. W moim przypadku dodatkowym argumentem była praktyka w pracowni ESPEA. Współpraca z Jerzym Szczepanikiem-Dzikowskim czy Olgierdem Jagiełłą była niezwykle ciekawym, inspirującym i bardzo ważnym doświadczeniem. Nadal ciepło wspominam tamten czas, ludzi, od których mogłem się uczyć. Uważam ich za swoich mistrzów, a pracownicę JEMS, którą dziś tworzą, za jedną z najlepszych w kraju.
Dlaczego zdecydował się pan jednak na własną działalność?W.M.: Decyzja o samodzielnym funkcjonowaniu na rynku przyszła do mnie zupełnie naturalnie, była następnym etapem rozwoju. Po czterech latach pracy w ESPEA przypadkowe zdarzenia nakreśliły mi nieco inną perspektywę działań – kupiłem zabytkowy budynek i zająłem się jego restauracją. To była kolejna bardzo ciekawa i ważna faza powiększania mojego bagażu doświadczeń.
Panie Andrzeju, a jak wyglądało wzbogacanie owego bagażu doświadczeń za granicą?A.B.: Połowa lat 80. była bardzo brutalnym czasem, ograniczającym, podcinającym skrzydła wszystkim młodym ludziom, nie tylko architektom. Moja decyzja o wyjeździe z kraju wynikała właśnie z chęci rzetelnego poznania zawodu. W Polsce czułem się ograniczony, bezradny z powodu przeciwności, zakazów, braku dostępu do wiedzy. Chciałem zmierzyć się z rzeczywistym projektowaniem, poznać smak prawdziwego budowania i dowiedzieć się, czy to jest właściwy kierunek, w którym powinienem podążać. Już podczas studiów zdecydowałem się na wakacyjne praktyki zagraniczne. Wyjechałem do Berlina Zachodniego, gdzie pracowałem w firmie Profesora Rolfa Gutbroda i Frreia Otto, zajmującej się namiotowymi konstrukcjami dachów m.in. na olimpiadę w Monachium. W 1981 roku wyjechałem do Stanów Zjednoczonych na wymianę studencką na Uniwersytet w Detroit. Wybuch stanu wojennego zastał mnie w USA, gdzie postanowiłem kontynuować edukację. Po powrocie do kraju w 1983 roku i uzyskaniu dyplomu na Politechnice Warszawskiej wyjechałem ponownie do Stanów Zjednoczonych, tym razem na zaproszenie prof. Sołtana. Spędziłem tam kolejne dwa lata, dzieląc czas między pracę w biurze i na uczelni. Efektem tego spotkania była książka – wywiad z profesorem pt.: Rozmowy o Architekturze (wydawnictwo ASP Warszawa). Następnie pracowałem we francuskim biurze projektowym GROUPE 6 w Grenoble. Do Polski wróciłem w 1991 roku z zamiarem rozpoczęcia własnej działalności. Spotkałem Włodka… i tak się zaczęło.
Co spowodowało, że wrócił pan do kraju?A.B.: Pracując za granicą, zawsze wiedziałem, że to jest etap zbierania doświadczeń, ale w przyszłości chcę żyć i pracować w kraju. Kiedy przyszedł rok ’91, uznałem, że to najlepszy moment na powrót. Wierzyłem, że w Polsce w końcu też może być normalnie, a zdobyte doświadczenia można będzie wykorzystać. Entuzjazm był wtedy ogromny! Po blisko pięćdziesięciu latach odrodził się zawód architekta, w wydaniu wolnym, nareszcie normalnym. Takiej szansy nie można było zmarnować.
Co jest największą bolączką projektowania architektury: czas, pieniądze, może odbiorca?W.M.: Wydaje mi się, że jednak największym problemem jest biurokracja. Administracja bardzo blokuje i spowalnia proces działania. Nawet sami urzędnicy już się w tym wszystkim gubią i tracą z pola widzenia nadrzędną istotę – cel stworzenia konkretnej zasady czy prawa. Kolejnym kłopotliwym czynnikiem jest wspomniany przez panią czas. Niestety, on nieubłaganie pędzi i nie znam sposobu, aby go zatrzymać. Proces projektowy często bywa niezwykle stresujący i napięty z powodu braku czasu na nabranie dystansu, odłożenie czegoś i ponowne przemyślenie.
A.B.: W pełni zgadzam się z Włodkiem. Niestety to bolączka wszystkich twórczych architektów w tym kraju. Panuje całkowity bezład administracyjny, niewydolność systemu, niespójność prawa, strach decydentów przed śmiałymi decyzjami. W każdym ośrodku wygląda to inaczej, ale z reguły czym większe miasto tym gorzej – Warszawa zdecydowanie wiedzie tu prym.
Presja czasu miewa też zbawienny wpływ na projekt. Bez deadline’ów pewnie większość projektów nigdy nie zostałaby zakończona.
W.M.: Oczywiście, to jest niezbędne, ale ja mówię o potrzebie wydłużenia etapu koncepcyjnego. Aby projekt mógł osiągnąć odpowiednią wartość, potrzebuje indywidualnego podejścia, głębszego zastanowienia. Propozycja poszerzenia fazy wstępnej często wywołuje wśród inwestorów bardzo negatywne emocje. Architekci traktowani są jak fabryki taśmowo produkujące projekty, wytwarzające konstrukcje według schematów, foremek, gotowych wykrojów.
Czy któryś z budynków panów autorstwa osiągnął wartość docelową, którą chcielibyście, aby miały wszystkie wasze projekty?W.M.: Z pewnością naszym sztandarowym projektem jest BRE Bank w Bydgoszczy. Budynek z wyraźnym przekazem, w pewnym sensie ponadczasowy, mocno osadzony w przestrzeni. Drugim ważnym dokonaniem z klarowną filozofią i sposobem budowania jest projekt odbudowy Starej Papierni w Konstancinie-Jeziornej. Ale tak naprawdę każdą realizację traktujemy jak wyzwanie, zawsze staramy się walczyć o najwyższą jakość rozwiązań i indywidualnych wartości projektu.
A.B.: Najlepsza architektura to ta niezrealizowana, która jest jeszcze przed nami!
A architektoniczne porażki…?W.M.: Wszystkie przegrane konkursy są w pewnym sensie porażką, ale jeśli chodzi o projekty, które zostały zrealizowane i najchętniej wymazalibyśmy je za pomocą magicznej gumki-myszki, to na szczęście tak ewidentnych klęsk nie odnotowujemy.
A.B.: Przegrany konkurs jest ambicjonalną porażką zwłaszcza dla młodych pracowników. Jest jednak olbrzymią i praktycznie jedyną możliwością zdobywania zawodowego doświadczenia. Mówiło się kiedyś, że dobry architekt wygrywa co dziesiąty konkurs…
Panowie, jak oceniacie to, co powstaje dookoła? Jak wygląda sytuacja architektury w Polsce?A.B.: Krytycznie. Nasz krajobraz jest wynikiem różnych przemian, ustrojów politycznych, ograniczeń. Dopiero lata 90. pozwoliły na większą kreatywność, ale zrujnowany pejzaż oraz mentalność odbiorcy pozostały. Brak edukacji architektonicznej i wizualnej jest podstawowym problemem i utrudnieniem dla projektantów. Architekt nie działa w próżni. Projekt niedostosowany do gustu odbiorcy nie będzie zrozumiały czy właściwie odbierany. Z kolei schlebianie złym gustom jest nie do przyjęcia, stąd duża trudność w wykonywaniu tego zawodu w Polsce. Dziś każdy budynek jest inny i nie wiadomo jaką miarę przykładać do tej inności: jeszcze dziwniejszy jest śmieszny, a normalny – brutalnie skontrastowany z tym, co dookoła. Trwa wyścig o atrakcyjną formę, bez refleksji o miejsce w większej całości, o kontekst.
W.M.: Ale mimo wszystko jest coraz lepiej – powstająca dziś architektura staje się coraz ciekawsza i mądrzejsza, aniżeli dwadzieścia lat temu, kiedy zaczynaliśmy. Niemniej ciągle powstają budynki, których realizacje nigdy nie powinny mieć miejsca.
A co z biurowcami?W.M.: Uważam, że architektura biurowa posiada obecnie najwyższy standard. W tej dziedzinie dzieje się dużo i ciekawie. Jestem jedynie przeciwnikiem budowania tzw. dzielnic biurowych, swoistych, wydzielonych kołchozów pracy, zamierających po godzinie 18.
A.B.: W Polsce również w tej kwestii jesteśmy zdecydowanie parę kroków w tyle. Większość budowanych biurowców bazuje na podpatrzonych osiągnięciach światowych, które wpisane w totalny chaos przestrzenny są mieszanką wybuchową. Rzadko zdarzają się udane realizacje w tym sektorze.
Czy walka o wybudowanie najwyższego biurowca ma sens?W.M.: Kategoria wysokości, moim zdaniem, jest zupełnym bezsensem. Budując cokolwiek, musimy myśleć nie tylko o budowli jako konstrukcji czy rzeźbie, lecz także o ludziach, którzy będą jej użytkownikami. Wyobraża sobie pani pracę na wysokości 600 m nad ziemią?
Więc jakie zagadnienia są najważniejsze podczas projektowania biurowców?A.B.: Technologia pracy i właściwa eksploatacja budynku. Formy zewnętrze są niedyskutowalne, każdemu podoba się co innego… Biurowiec to przede wszystkim miejsce do pracy, zdrowe, ekonomiczne i ergonomiczne, i to tyle lub aż tyle. W Polsce mamy bardzo często do czynienia z przerostem formy nad treścią.
W.M.: Poza tym struktura operacyjna budynku, możliwość jego dostosowania do różnych potrzeb najemcy, ekonomiczność rozwiązań oraz szybkość wymiany informacji na etapie projektowania. Kluczowa jest również strona techniczna – dzisiejszy biurowiec musi posiadać rozbudowane instalacje strukturalne, pełną obsługę klimatyzacji i wentylacji, odpowiadającą jego elastyczności funkcjonalnej. Doskonałym rozwiązaniem jest także aktywna fasada regulującą dopływ światła i ciepła. Powyższym aspektom poddaje się również sama bryła – budynki biurowe mają dzisiaj niezwykłą szansę kreowania ciekawych, indywidualnych form.
Cofnijmy się jeszcze do początków panów działalności. Dlaczego to właśnie architektura stała się głównym obszarem panów aktywności życiowej?A.B.: Architektura nie była moim pierwszym pomysłem na życie. Najpierw skończyłem Wydział Inżynierii Lądowej, na którym wybrałem niezwykle teoretyczną i abstrakcyjną specjalność, czyli teorię konstrukcji. Już wtedy po głowie chodziła mi myśl, że w przyszłości chciałbym zostać architektem, ale droga do tego zawodu była dosyć okrężna.
W.M.: Kiedy byłem jeszcze bardzo młodym człowiekiem, rozmyślałem o dwóch kierunkach, które wydawały mi się szczególnie interesujące: lotnictwo i architektura. Badania zdrowotne w Szkole Orląt w Dęblinie wykazały, że niestety pilotem nie mogę zostać, więc uznałem, że skorzystam z planu awaryjnego i zostanę architektem.
A okres studiów…?W.M.: To był fantastyczny czas. Właściwie wszystkie aktywności związane były ze studiami, życie pozawydziałowe praktycznie nie istniało. Kiedy dziś obserwuję pokolenie mojej córki, wydaje mi się, że życie studenckie wygląda zupełnie inaczej. Ogólnodostępny internet, telefony komórkowe – wszystko to sprawiło, że na wydziale nie szuka się informacji, spotkania drugiej osoby. Kontakty na studiach są teraz zdecydowanie mniej intensywne.
A.B.: To była zupełnie inna epoka, owiana nimbem rzemiosła. Był mistrz i uczeń. W takim etosie przekazywano doświadczenia z pokolenia na pokolenie. Studenci w stosunkowo długim czasie zdobywali doświadczenie, obserwując Mistrza, wypracowywali własne spojrzenie na filozofię architektury, czasy były wolniejsze. Z drugiej strony szkoła była enklawą wolności, gdzie skupiali się architekci i profesorowie. Na poziomie mistrzowskim to było fascynujące, ale też w pewnym sensie ograniczające. Poza murami uczelni nie było praktycznie wolnego zawodu.
Czy wśród tych architektów i profesorów mieliście panowie swoich mentorów?A.B.: Były niezwykłe osobowości, jak mój promotor – pan prof. Zbigniew Pawelski, którego niezwykle cenię. Jednak moim największym autorytetem był człowiek nie związany z Politechniką Warszawską, znana postać świata architektonicznego, współpracownik Le Corbusiera – prof. Jerzy Sołtan, którego poznałem w USA. To był niezwykły człowiek, który nauczył mnie myślenia o architekturze osadzonej w życiu, w relacji z cywilizacją, pięknem i krajobrazem. Do dziś staram się być wierny tej filozofii, adaptując ją do obecnych warunków i możliwości technologicznych.
W.M.: Postacią, którą szczególnie ceniłem, była pani prof. Małgorzata Hamdzelewicz, pod której kierunkiem wykonałem mój projekt dyplomowy. Pani profesor posiadała niezwykłe podejście do studentów. Właściwie cała Katedra była mocno zaangażowana w nasze działania. Nie była to wyłącznie potrzeba zachęcenia studentów do aktywności na polu edukacji, ale zaszczepienie w nich pewnej dociekliwości, potrzeby zadawania pytań i poszukiwania na nie odpowiedzi. Często po zajęciach rozmowy z nauczycielami kontynuowane były w prywatnych mieszkaniach. Przebiegały one bardzo różnie: czasem burzliwie, czasem polegały przede wszystkim na kontemplacji i milczeniu, nie zawsze prowadziły do pożądanego konsensusu. Najważniejsze były jednak: możliwość mówienia, potrzeba słuchania i nauka myślenia. Moim zdaniem studia powinny być czasem poszukiwania własnej metody działania, wykształcenia w sobie systemu pracy, który jest dla nas najwygodniejszy i najbardziej efektywny.
Pan również ma swoją metodę?W.M.: Pracując nad jakimś projektem, w pierwszym momencie potrzebuję czasu odizolowania, chwili ciszy, która pozwoli mi zebrać myśli i ułożyć w głowie wstępny plan działania, opracować zręby filozofii struktury zadania. Kolejnym etapem jest spojrzenie na problem z perspektywy innej osoby, czyli potrzeba rozmowy. Architektura wbrew pozorom wymaga przede wszystkim dyskusji, rozważania, zgłębiania, a dopiero na końcu działania. Jej tworzenie musi opierać się na solidnym intelektualnym fundamencie.
Czy właśnie do tych rozmów, stawiania znaków zapytania i szukania na nie odpowiedzi potrzebny był panu partner, Andrzej Bulanda?W.M.: Naturalnie. Podstawą naszej pracowni są dyskusje, burze mózgów, dialogi dające możliwość rozpatrywania projektów pod wieloma aspektami. Te polemiki bywają czasem bardzo gwałtowne i intensywne. Andrzej doskonale czuje się w konfrontacji, jest świetnym mówcą, potrafi godzinami mówić o swoich pomysłach. Poszukiwanie rozwiązania zaczyna od głośnego wypowiedzenia przychodzących mu na myśl koncepcji, które następnie porządkuje. Mój wspólnik jest świetnym architektem, fachowcem, doskonałym współpracownikiem, a przede wszystkim mądrym człowiekiem.
A jakim partnerem jest Włodzimierz Mucha?A.B.: Doskonałym! Mamy krańcowo różne cechy charakteru, dzięki którym uzupełniamy się na wielu polach. Współpracujemy ze sobą od blisko dwudziestu lat, co chyba jest najlepszym tego dowodem.
W jaki sposób zeszły się panów drogi? Skąd pomysł, aby stworzyć wspólne biuro architektoniczne?W.M.: Jesteśmy kolegami jeszcze z czasu studiów, jednak po obronie dyplomów nasz kontakt na kilka lat się urwał: Andrzej wyjechał do Stanów Zjednoczonych, później do Francji, ja próbowałem sił w Polsce. Po pewnym czasie przypadkiem spotkaliśmy się na czerwonych światłach, jadąc samochodami ulicami Warszawy, i umówiliśmy na spotkanie w SARPie. Ta rozmowa była początkiem naszej firmy, która formalnie powstała w październiku 1991 r. Potem wszystko przebiegło bardzo szybko – wynajęliśmy piwnicę pod tarasem na Żoliborzu i zaczęliśmy rozglądać się za klientami…
No właśnie: jak zdobywaliście pierwszych klientów? Zaczęliście działalność z solidnym planem na przyszłość, czy liczyliście, że jakoś to będzie?
W.M.: Czas oczekiwania na pierwsze zlecenie okazał się dosyć długi i trudny. Kiedy w końcu w progu naszej pożal się Boże pracowni stanął klient, niestety nie było to zadanie marzeń. Mieliśmy stworzyć projekt do samowoli budowlanej. Z braku innych zleceń podeszliśmy do tego zagadnienia jak do wybitnego dzieła. Uznaliśmy, że pomożemy człowiekowi i zaprojektujemy budynek tak, jak rzeczywiście powinien wyglądać. Kiedy klient zobaczył, że projekt zdecydowanie wybiega ponad jego oczekiwania, strasznie się zezłościł. Nasze wyjaśnienia, rady jak należy przebudować ten „obiekt” zupełnie do niego nie trafiały. Musieliśmy zrobić kolejny plan, teraz już według jego wytycznych, choć nie miało to nic wspólnego z tworzeniem architektury. Ale cóż – „klient nasz pan”.
Przełomowym momentem w rozwoju naszego biura było wygranie konkursu na firmę projektową, realizującą projekty restauracji McDonald’s na terenie Polski. Ta przygoda była niezwykłym doświadczeniem i otworzyła nam perspektywę na nowe zlecenia.
Jak dziś wygląda praca w zatrudniającym ponad dwadzieścia osób biurze architektonicznym? Wspólnie pracujecie nad projektami, czy też każdy z panów jest specjalistą w swojej dziedzinie?W.M.: Początkowo wszystkie projekty robiliśmy wspólnie. Był to jednak moment, kiedy pracownia Bulanda Mucha Architekci była jeszcze dość małym studiem, realizowaliśmy niewiele zleceń jednocześnie. Dziś zadań projektowych jest o wiele więcej, są bardziej złożone, współpracujemy z licznymi architektami. Nie możemy pozwolić sobie na takie działanie. Staramy się dzielić obowiązki, by każdy z nas był odpowiedzialny za konkretne projekty. Choć oczywiście stale się konsultujemy!
Wykazujecie dużą aktywność na polu konkursów architektonicznych. Czy jest to najlepszy sposób mierzenia się z nowymi wyzwaniami?A.B.: W polskich warunkach to jedyny mechanizm, dający możliwość prezentowania własnych wizji. Bardzo często uczestniczymy w konkursach, nie tylko z chęci wygranej. Działalność na tym polu jest najlepszym sposobem poszukiwania, rozwoju – prawdziwym szlifem architektonicznym.
W.M.: Konkursy są dla architektów najbardziej demokratyczną formą pozyskania ciekawych zleceń, pozwalają podchodzić w bardziej swobodny sposób do tematu, uwalniają wyobraźnię i kreację. Wiąże się to oczywiście z olbrzymimi nakładami pracy i mobilizacją całego biura architektonicznego, a szansa zdobycia głównej nagrody nie jest duża.
A projekty, które są wciąż niedoścignionym marzeniem…?A.B.: Myślę, że nie ma tematów lepszych i gorszych – co najwyżej są lepsi i gorsi inwestorzy. Oczywiście każdy architekt marzy o budowaniu dużych, reprezentacyjnych budynków, ale w kameralnych, pejzażowych, małych formach również można się doskonale realizować. Jestem optymistą, firma rozwija się, myślę, że wchodzimy w kolejny etap działalności, obejmujący coraz poważniejsze projekty. Mam jednak nadzieję, że nie zmienimy swojej filozofii pracowni autorskiej o małej skali, uprawiającej współczesną architekturę osadzoną w kontekście i nie staniemy się dużą pracownią produkcyjną, gdzie gubi się często indywidualizm.
W.M.: Nie mam takiego marzenia. Każdy projekt jest dla mnie ważny i myślę, że bardziej liczy się sposób, w jaki rozwiążemy dane zagadnienie, a nie jego ranga czy przeznaczenie. Jeśli mamy ochotę spróbować sił przy jakichś znaczących budowlach, bierzemy udział w konkursach, jak w przypadku Muzeum Historii Sztuki, Muzeum Historii Wojska Polskiego czy Małopolskiego Ogrodu Sztuki. Mimo że nie udało nam się wygrać tych konkursów, mogliśmy zmierzyć się z takimi tematami.
Jesteście panowie bardzo zapracowani. Czy potrzebujecie czasem całkowitego odcięcia się od pracy twórczej?A.B.: Ostatnio coraz częściej staram się odrywać od codziennych spraw, które nie dotyczą jednak wspomnianej przez panią pracy twórczej, a tzw. młócki biurowej i walki z administracją. Projektowanie w dzisiejszych czasach jest pewnym luksusem. Dopiero w wolnych chwilach mogę rysować i myśleć o projektowaniu. Poza tym, kiedy pozwala na to czas, oddaję się życiu rodzinnemu oraz aktywnościom sportowym: uprawiam narciarstwo i surfing.
W.M.: Zdarzają się momenty kryzysowe, takie zmęczenie materiału, kiedy chciałbym wszystko zostawić i pojechać na koniec świata. Jest to możliwe między innymi w trakcie urlopów. Problem z urlopami polega jedynie na tym, że z uwagi na bieżące projekty nie możemy pozwolić sobie na dłuższe chwile wytchnienia.
Czy podczas takich urlopów koncentrujecie się również na oglądaniu architektury?W.M.: Zawsze. Jest to element nieustannej ciekawości, poszukiwania inspiracji, czegoś nowego, odniesień do własnych doświadczeń i dokonań. Podobno wszystko już było, ale czy to prawda…
A.B.: Staram się co roku odbywać tygodniowe podróże do nieznanych mi dotąd miejsc i oglądać tamtejsze
budowle.Czy jakieś budynki szczególnie panów zachwyciły w bliskim kontakcie?A.B.: Ostatnio byłem w Portugalii i do dziś jestem pod wrażeniem tego miejsca, tamtejszego sposobu przejścia od tradycyjnej, historycznej architektury do bardzo nowoczesnej. Wszystko opiera się na ogromnej kulturze wizualnej, wyrobieniu plastycznym, szacunku do drugiego budynku, potrzebie obcowania z pięknem.
Marzę, aby stało się to również normą w Polsce, bo jak na razie jesteśmy krajem bardzo agresywnego i niespójnego krajobrazu. Nie ma u nas za grosz ładu przestrzennego ani powszechnej potrzeby jego kształtowania. Raczej ceni się indywidualizm za wszelką cenę, co przybiera często karykaturalne rozmiary np. kolonie gargameli, gdzie nie sposób znaleźć dwóch jednakowych budynków.
W.M.: Takiego olśnienia doznałem podczas mojej wizyty w Sydney. Opera House Utzona oglądana z wody zrobiła na mnie duże wrażenie. Niezwykłość tego budynku trwa i jest chyba silniejsza, niż się tego spodziewałem. Innego rodzaju doznań dostarczyło mi Centre Georges Pompidou w Paryżu. Po raz pierwszy widziałem je jako student i to było niesamowite wrażenie. Kiedy jednak ponownie odwiedziłem stolicę Francji po wielu latach, okazało się, że ten niezwykły budynek położony w paryskiej dzielnicy Beaubourg, wcale się nie zestarzał, jego pierwotne założenia ciągle zdają egzamin.
Jakie miejsca, budynki bardzo chcielibyście zobaczyć?W.M.: Ostatnio coraz częściej przychodzi mi do głowy podróż do Hiszpanii, Meksyku i Argentyny. Bardzo chciałbym zobaczyć tamte miejsca, tamtą architekturę, i to nie tylko historyczną.
A.B.: A ja marzę o dogłębnym zbadaniu architektury Skandynawii, której filozofia projektowa jest mi bardzo bliska. Jeśli chodzi o urbanistykę i przestrzeń historyczną, interesuje mnie zwłaszcza Ameryka Południowa: Argentyna, Chile, których nie dane mi było jeszcze poznać.
W takim razie życzę wielu inspirujących architektonicznie podróży!Andrzej Bulanda – architekt, absolwent Politechniki Warszawskiej, tytuł magistra inżyniera budownictwa uzyskał w 1980 roku, a magistra architekta w 1984 roku. Prowadził działalność akademicką w USA (87/89) na Penn State University, Harvard University i Graduate School of Design Cambrige. Pracował w biurze projektowym GROUPE 6 w Grenoble (89/90). Od 1991 r. prowadzi pracownię Bulanda Mucha Architekci. Członek SARP, członek Zespołu Koordynacyjnego Sędziów Konkursowych SARP. Członek Mazowieckiej Okręgowej Izby Architektów (MOIA).
Włodzimierz Mucha – architekt, ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej, tytuł magistra inżyniera uzyskał w 1983 roku. W latach 1984-1989 pracował w firmie ESPEA – w pracowni architektonicznej arch. Jerzego Szczepanika-Dzikowskiego i Olgierda Jagiełły. Od 1991 r. prowadzi pracownię Bulanda Mucha Architekci. Członek SARP, obecnie Prezes Głównej Komisji Rewizyjnej SARP. Członek Mazowieckiej Okręgowej Izby Architektów (MOIA).